Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sf. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sf. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 lutego 2015

Sunchild[1]

Zapraszam do czytania pierwszego rozdziału opowiadania ''Sunchild'' ^.^ Przy okazji chciałabym zaznaczyć, że przytoczone fragmenty ''Romea i Julii'', nie są tłumaczeniem, więc ich dziwna składnia nie liczy się jako błąd(np. w zdaniu przyjm modły ich, przyjmij).
Nie sprawdzałam błędów, ale jeśli coś zauważyłyście, napiszcie o tym.
Pozdrawiam i życzę miłego czytania.



http://i.imgur.com/hDtxkFv.png

,,Płomienie’’


   http://i.imgur.com/8fLBJtl.pngienawidzę rozpoczęć roku. Nienawidzę! Głupkowate akademie w głównym hallu szkoły, przedstawienia szkolnego kółka teatralnego i tym podobne bzdury. W dodatku muszę mieć na sobie ten koszmarny mundurek galowy. Nie cierpię go. Krótka, ściśle przylegająca do ciała sukienka, do tego biała koszula z rękawkiem i czerwona mucha bądź krawat. Podczas ważnych uroczystości, takich jak rozpoczęcie roku szkolnego, dzień Nauczyciela, czy innych, równie istotnych, obowiązkiem każdego ucznia jest założyć mundurek. W dzień powszedni możemy chodzić ubrani tak jak chcemy.
   Mam ochotę zwiać stąd jak najprędzej, nie robię tego jednak. Stoję w miejscu i patrzę nieobecnym wzrokiem na scenę. W przedstawieniu gra moja młodsza siostra, Vanessa. Nie mogę odejść, obiecałam jej to. Rozpętałaby trzecią wojnę światową, gdybym nie przyszła. 
Kurtyna powoli rozsuwa się, a na scenę wychodzi dwóch przebranych w dziwne stroje chłopców. Po chwili milczenia pierwszy odzywa się dziwnym głosem ;
   - Dalipan, Grzegorzu, nie będziem darli pierza.
Drugi odpowiada ;
   - Ma się rozumieć, bośmy byli zdziercami.
   - Ale będziemy darli koty, jak z nami zadrą.
   - Kto zechce zadrzeć z nami, będzie musiał zadrżeć.
   - Mam zwyczaj drapać zaraz, jak mię kto rozrucha.
   - Tak, ale nie zaraz zwykłeś się dać rozruchać.
Rozlega się głośny, chłopięcy śmiech. Ci dojrzewający chłopcy, tylko jedno im w głowach…
   - Te psy z domu Montekich rozruchać mię mogą bardzo łatwo…
Znów śmiech.
   Nudzi mi się potwornie, postanawiam jednak, że wytrwam do końca ,,Romea i Julii’’. Van tak gorąco mnie o to prosiła, że nie miałam serca jej odmówić, i obiecałam, że przyjdę.
Mijają sekundy za sekundami, minuty za minutami. Siedzę na krzesełku na widowni i staram się nie zasnąć. Jest to niesamowicie trudne, gdyż nudzi mi się coraz bardziej. Nie gustuję w teatrze, a już na pewno nie w jakichś romansidłach. ,,Romeo i Julia’’? To nie dla mnie. Wolałabym już zobaczyć inscenizację ,,Piotrusia Pana’’ lub czegoś w tym rodzaju. Ale kto wystawi coś takiego w liceum?
Po kolejnej scenie kurtyna opada, by za chwilę znów się podnieść wprowadzając widza w nową scenerię, a na sam środek sceny wychodzą dwie postaci.
   - Gdzie moja córka? Idź ją przywołać.
   - Na moją cnotę do dwunastu wiosen – Już ją wołałam. Pieszczotko, biedronko! Julciu! Pieszczotko moja! Moje złotko! Boże, gdzież ona jest? Julciu?
Wtedy zza kurtyny wyłania się Van. Jest Julią. Ma na sobie piękną, błękitną suknię, rodem ze średniowiecza. 
   - Czy mnie kto wołał? – pyta głosem słodkim jak miód.
Zawsze bardzo chciała zagrać Julię w przedstawieniu. To jej wielki sekret, ale marzy o tym, by w przyszłości zostać aktorką, najlepiej telenowelową. Mimo całej swojej zawziętości i upartości jest niezwykle romantyczna i  nie wstydzi się ujawniać uczuć. Ponadto los obdarzył ją bardzo spontanicznym, emocjonalnym i szczerym usposobieniem. Nie to co mnie… Van to moje całkowite przeciwieństwo. Nie tylko pod względem wyglądu(ja mam włosy w kolorze mysim, ona jest bardzo ciemną szatynką, moje tęczówki są szare, a jej oczy mają śliczny, piwny odcień), ale też osobowości.  Uwielbiam styl gotycki, i zawsze ubieram się na czarno. Vanessa natomiast preferuje lekkie, powłóczyste sukienki. Najciekawsze jest to, że kiedyś było inaczej. Uwielbiałam kolory tęczy i nigdy w życiu nie zrobiłabym kolczyka w nosie. Ale teraz jestem inna. Jest tak dokładnie od momentu pożaru pewnej jesieni. Pamiętam to jak przez mgłę. Stojący w płomieniach dom, brak tlenu…Byłyśmy same w pokoju, dookoła otaczający nas ogień. Tego dnia spaliła się nasza kamienica...
Otrząsam się z letargu, widząc że nadszedł czas pierwszej wspólnej sceny Nataniela i Vanessy. A raczej Romea i Julii…
   - Nie mająż święci ust jak pielgrzymi? – Nat ujmuje w ręce drobne dłonie Van. Widzę malujący się na jej twarzy zachwyt, delikatny rumieniec wypływający na jej policzki.  Dobrze wiem, że od podstawówki się w nim kocha. Biedaczka. Od przeszło ośmiu lat nie może wybić go sobie z głowy. Dobrze ją rozumiem. Sama mam taką samą sytuację. Tyle, że ja i mój wybranek nie jesteśmy ''najlepszymi przyjaciółmi od nie wiem kiedy''. My wcale nie jesteśmy przyjaciółmi. Dake nie jest też cichym, spokojnym chłopakiem. To bożyszcze nastolatek, obiekt uwielbienia damskiej części szkoły. Oczywiście dla mnie jest on nieosiągalny. Równie dobrze mogłabym się wdrapać na Mount Everest z moim lękiem wysokości…Nie jest też chłopcem, któremu w głowie szkolne przedstawienia, woli się bawić na dyskotekach ze szklanką piwa i papierosem w ręku. Skąd to wiem? Ano wszyscy to wiedzą. Plotki roznoszą się lotem błyskawicy. Sama nie wiem jak to możliwe, że spodobał mi się ktoś taki.
   - Niechże ich usta czynią to co ręce; Moje się modlą, przyjm modły ich, przyjmij. –  Nataniel spogląda jej głęboko w oczy. A ja znów bujam w obłokach, przeoczając kwestię Van. 
   - Niewzruszonymi pozostają święci, choć gwoli modłów niewzbronne ich chęci.
   - Ziść więc cel moich, stojąc niewzruszenie, I z ust swoich moim daj wziąć rozgrzeszenie. – składa na jej ustach pierwszy pocałunek. Od Vanessy wiem, że nie ćwiczyli tego na próbie. Zawsze w tym momencie ktoś im przeszkadzał, a później nie było już na to czasu. Otwieram szeroko usta, naturalnie ze zdziwienia. Nie chodzi o to, że właśnie ją pocałował, w końcu to zwykła, zawarta w scenariuszu scena. Szokiem dla mnie jest to J A K ją pocałował. Przyciąga do siebie jej kruche ciało i wtapia się zachłannie w jej wargi. Ona zarzuca mu ręce na szyję, Nataniel jedną dłonią obejmuje ją w pasie, drugą kładzie na bladym policzku mojej siostry. Trzeba mu przyznać, że umie wczuć się w rolę. Szkoda mi Vanessy. Dla niej ten pocałunek jest ziszczeniem wszystkich pragnień, dla niego jedynie koniecznym do zagrania epizodem. Blondyn traktuje ją tylko jak przyjaciółkę. 
W końcu ich usta się rozłączają.
   - Moje więc teraz obciąża grzech zdjęty.
   - Z mych ust? O! grzechu, zbyt pełen ponęty! Niechże go nazad rozgrzeszony zdejmie! Pozwól.
Całuje ją znowu…
   - Jak z książki całujesz, pielgrzymie…
Mija scena a za nią kolejna. Kiedy to się w końcu skończy…
   - O! Julio, przysięgam na ten księżyc, co wspaniale powleka srebrem tamtych drzew wierzchołki…
   - O! Nie przysięgaj na księżyc, bo księżyc co tydzień zmienia kształt swej pięknej tarczy ; i miłość moja po takiej przysiędze mogłaby również zmienną się okazać.
   - Na cóż mam przysiąc?
I po niedługim czasie upragniony koniec…
   - Smutniejszej bowiem los jeszcze nie zdarzył jak ta historia Romea i Julii…
Oddycham z ulgą, gdy światła na hallu rozbłyskują, kurtyna opada, a potem się podnosi. Koniec przedstawienia. Czekam jeszcze na Vanessę i rozglądam się po korytarzu. Nudzi mi się niemiłosiernie, głównie dlatego, że szkoła jest już pusta i nie mam do kogo się odezwać. Słyszę za plecami zbliżające się kroki i podniesione głosy. Tak, to idzie banda rozwydrzonych chłopaków…A wśród nich mój kochany Dake. Przechodzi obok nawet na mnie nie patrząc. Jest mi przykro, gdy mija mnie tak jakbym była powietrzem. Wiem. Jak ktoś taki jak on mógłby zwrócić uwagę na kogoś takiego jak ja? To nie możliwe. Takie rzeczy zdarzają się jedynie w bajkach. Tam istnieją tylko piękne, dobre księżniczki, które czekają na swoich książąt. Pięknych książąt. Nieziemskich i idealnych. W prawdziwym życiu tak nie ma. Piękni chłopcy to źli czarnoksiężnicy, przybierający złudną postać. Za przystojnymi twarzami kryją się potwory bez serca. A ci, których natura nie obdarzyła urodą? Cóż, na początku są mili, ale z czasem stają się tacy sami jak ich piękniejsi koledzy. Wyjątek wśród przystojnych stanowią mój tata i Nat. Ale to ewenementy na skalę światową…
   Z racji tego, że Vanessa pewnie ucięła sobie pogawędkę z Natanielem postanawiam przejść się po szkole. Dawno mnie tu nie było. Przez całe wakacje, które spędziłam u cioci w Kaliforni. Co dwa lata rodzice wysyłają tam mnie i Van. Spaceruję po szkole, zastanawiając się jak wiele się tu zmieniło. Na nowo pomalowanych ścianach wiszą obrazy...piękne obrazy. Mój wzrok skupia się na jednym z nich. Przedstawia on pięknego, wysokiego mężczyznę. Jego skrzydła są nieziemskie, ciało muskularne, twarz piękna i delikatna a zarazem bardzo męska. Podchodzę bliżej by przyjrzeć mu się jeszcze dokładniej. Nagle słyszę jakieś kroki. Przestraszona odwracam gwałtownie głowę. Nic się nie dzieje. To pewnie tylko moja wyobraźnia. Jak zwykle sobie coś uroiłam.
Kończę oglądanie obrazów i kieruję się do wyjścia. Widzę Van. Płacze. Podbiegam więc do niej i obejmuję jak tylko mogę najmocniej. Nie musi nic mówić, ja wiem co może być powodem jej rozpaczy. Zapewne dowiedziała się, że Nataniel spotyka się z Melanią. Ach, ta miłość. Kręcę z dezaprobatą głową.
Tata odwozi nas do domu i wraca do pracy. Jestem wykończona, postanawiam położyć się wcześniej spać. Po kilku minutach słyszę skrzypienie drzwi.
   - Ade...Mogę spać z tobą? – pyta mnie cichutko Van
   - Oczywiście skarbie. – robię jej miejsce obok siebie.
Jej miarowy, spokojny oddech roznosi się po pokoju. Zasnęła. I ja odpływam więc do Krainy Morfeusza. Śnię sen, dziwny sen. Płomienie. Pożar...a wśród nich. Ja. I mężczyzna z czarnymi skrzydłami. Wiem, że ON chce mi zrobić krzywdę, podchodzi bliżej mnie. Budzę się z krzykiem ;
   - Nieee...

poniedziałek, 9 lutego 2015

Sunchild[p]

Ohayou! ^-^ Poniższe opowiadanie powstawało w mojej głowie już od dłuższego czasu. Ów pomysł, odłożony na ''nie-wiadomo-kiedy'' do szuflady znów zaczął pojawiać się w moich myślach. Postanowiłam więc wstawić na próbę i zobaczyć czy znajdą się chętne do czytania osoby. Jeśli macie jakieś uwagi, piszcie 
Torimou.



                                                         http://i.imgur.com/oVEeVpD.png


                                                                                                    http://i.imgur.com/37q49Z4.png


   - Nie możesz jej odrzucić! Musisz wziąć to na siebie! – krzyczy patrząc mi wściekle w oczy. Jego błękitne tęczówki ciemnieją od gniewu, a usta ściągają się w dziwny grymas. – Czy ty wiesz, co się stanie, jeśli zrezygnujesz? To będzie koniec. Koniec wszystkiego.
Stoję jak skamieniała próbując wyczytać coś jeszcze z jego pochmurnej twarzy. Nie, to nie możliwe! Na pewno jest jakieś inne wyjście. Może…
   - Jest jeszcze jeden sposób – mówi cicho, jakby czytając mi w myślach. – Ale musisz być całkowicie pewna, że poświęcisz wszystko dla dobra tej sprawy. Skoro chcesz być znów zwykłą nastolatką.
   - Mów! – nalegam – Zrobię wszys…
   - Musisz poświęcić jego – szepcze, wskazawszy stojącego pod ścianą chłopaka.
Zamieram. On chyba nie mówi poważnie!
   - Żeby pokonać Lorcan potrzebna jest krew Wybranego – ciągnie. Jego głos jest spokojny, czuję jednak, ile emocji się w nim kryje. – W żyłach elfów rodu Cahan płynie potężny eliksir. Kto się z nim połączy, posiądzie wiedzę, wiele zostanie przed nim odkryte. Zdobędzie...potężną moc. To jedyny sposób.
Drżę. Podnoszę wzrok na podpierającego ścianę chłopaka. Nie słyszy naszych szeptów. Nie może ich słyszeć.
   - Dlaczego akurat jego? – pytam cicho, starając się opanować napływające do oczu łzy. – Czemu nie ty, lub ktokolwiek z was?
   - Jest Cahaninem i to w dodatku Wybranym – śmieje się blondyn, lecz jakże gorzki to śmiech. – Ma dużo większą moc, niż ja, czy wielu innych elfów. Jego krew jest inna. Potężniejsza.
Spuszczam oczy na ziemię. Zimny, twardy beton.
   - Czy jesteś gotowa ponieść taką cenę? Zastanów się dobrze, co jest dla ciebie ważniejsze.
Nie muszę nad tym myśleć. Dobrze znam odpowiedź na to pytanie…

niedziela, 25 stycznia 2015

Witamy w Australii...KSIĘŻNICZKO![p]

Konbanwa!
Zapraszam was do przeczytania prologu do premierowego opowiadania na blogu, noszącego tytuł ''Witamy w Australii księżniczko!'' Zachęcam do czytania i mam nadzieję, że się wam spodoba. Jeśli macie jakieś uwagi, zauważyliście błędy etc., piszcie śmiało :)
Ja ne!






- Idiotyzm. – mruknęła pod nosem przenosząc gniewne spojrzenie z jednej walizki na drugą. Przestronne, wysokie pomieszczenie pełne było porozrzucanych dookoła ubrań ; od butów przez wszelkiego rodzaju suknie, sukienki, spódniczki aż po nakrycia głowy. Ów obraz nie przedstawiałby się może tak tragicznie, gdyby nie wywleczona na drugą stronę pościel i poduszki, które ktoś cisnął z impetem o podłogę. Tak mocno, że rozleciały się na wszystkie strony. Czara goryczy została przepełniona. Pokój nastolatki zamienił się w pobojowisko.
   - Kimberley, pospiesz się! – zza drzwi dobiegł zduszony, zabarwiony zniecierpliwieniem głos.
   - Chrzanienie – prychnęła dziewczyna siadając na łóżku, które złośliwie ugięło się pod jej ciężarem. Zupełnie tak jakby dłużej nie mogło znieść jej nastrojów. Ale przecież miała pełne prawo się złościć! Miała prawo krzyczeć i tupać nogami. To niesprawiedliwe! Czemu matka nie zostawi jej tutaj, pod opieką babci lub innej zaufanej osoby...? Czemu zabiera jej możliwość życia w luksusie?! Australia! Też pomysł...Kangurów jej się zachciało...Ciekawe, czy węże i pająki spotkają się z takim samym entuzjazmem.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie te przeklęte, zeszłoroczne wakacje w Acapulco. Matka poznała jakiegoś australijskiego farmera(Dobry Boże, rolnik!), i zakochała się. Oczywiście tego się można było spodziewać po niestabilnej emocjonalnie rodzicielce. Ku zdziwieniu Kimberley matka nie tylko nie zapomniała o swym wakacyjnym ukochanym, ale też postanowiła zamieszkać z nim na jego ranczu w Austalii. O zgrozo! Wyjeżdżać z Los Angeles, gdzie godzinami moża się było pławić w luksusie...? Prosto w zbitą dechami dziurę, pełną dzikusów i zwierząt...Toż to głupota! Zamieniać wystawy sklepowe na drzewa, kurz i piach?! BEZSENS.
Kimberley robiła co mogła, by przemówić matce do rozsądku.
   - Nie możesz mi tego zrobić! Nie zgodzę się na to! – mówiła wtedy do matki, a jej gniew rósł z sekundy na sekundę.
   - Owszem, zgodzisz się. Wyjeżdżamy za tydzień.
   - Dlaczego mi to robisz? Czemu chcesz się przenieść do tej dziury pełnej kangurów?!
   Protestowała dobrych kilka godzin, z czasem jednak pojęła, że Jane jest zbyt uparta by ustąpić. Tak samo jak Kimberley. Ale jak to mówią, jakie jabłko, taka skórka - jaka matka, taka córka. Kimberley miała większość cech osobowości swojej matki. Upartość, dumę i wytrwałość. Jak już coś postanowiła, nikt nie mógł sprawić, by zmieniła zdanie. Nie było takiej siły. Dziewczyna doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Spróbowała więc przyjąć inną taktykę. Nie będzie się odzywała. Już nigdy nie powie nic do matki. I ma gdzieś, czy to ją wkurzy czy nie. Ma gdzieś jej potrzeby i prośby. Matka może ją zabrać siłą z domu i wywieźć w siną dal, ale nie zmusi jej, by to polubiła. Już ona się postara, żeby jej uprzykrzyć życie. A ten jej facecik...pozna siłę jej gniewu. Jane jeszcze będzie błagała córkę, by zechciała wrócić do domu...
Z rozkosznym postanowieniem w sercu i cwaniackim uśmiechem na ustach zamknęła otwartą walizkę i dumnym krokiem wyszła z pokoju. 
   - Jestem gotowa, mamo...