Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 lutego 2015

Sunchild[p]

Ohayou! ^-^ Poniższe opowiadanie powstawało w mojej głowie już od dłuższego czasu. Ów pomysł, odłożony na ''nie-wiadomo-kiedy'' do szuflady znów zaczął pojawiać się w moich myślach. Postanowiłam więc wstawić na próbę i zobaczyć czy znajdą się chętne do czytania osoby. Jeśli macie jakieś uwagi, piszcie 
Torimou.



                                                         http://i.imgur.com/oVEeVpD.png


                                                                                                    http://i.imgur.com/37q49Z4.png


   - Nie możesz jej odrzucić! Musisz wziąć to na siebie! – krzyczy patrząc mi wściekle w oczy. Jego błękitne tęczówki ciemnieją od gniewu, a usta ściągają się w dziwny grymas. – Czy ty wiesz, co się stanie, jeśli zrezygnujesz? To będzie koniec. Koniec wszystkiego.
Stoję jak skamieniała próbując wyczytać coś jeszcze z jego pochmurnej twarzy. Nie, to nie możliwe! Na pewno jest jakieś inne wyjście. Może…
   - Jest jeszcze jeden sposób – mówi cicho, jakby czytając mi w myślach. – Ale musisz być całkowicie pewna, że poświęcisz wszystko dla dobra tej sprawy. Skoro chcesz być znów zwykłą nastolatką.
   - Mów! – nalegam – Zrobię wszys…
   - Musisz poświęcić jego – szepcze, wskazawszy stojącego pod ścianą chłopaka.
Zamieram. On chyba nie mówi poważnie!
   - Żeby pokonać Lorcan potrzebna jest krew Wybranego – ciągnie. Jego głos jest spokojny, czuję jednak, ile emocji się w nim kryje. – W żyłach elfów rodu Cahan płynie potężny eliksir. Kto się z nim połączy, posiądzie wiedzę, wiele zostanie przed nim odkryte. Zdobędzie...potężną moc. To jedyny sposób.
Drżę. Podnoszę wzrok na podpierającego ścianę chłopaka. Nie słyszy naszych szeptów. Nie może ich słyszeć.
   - Dlaczego akurat jego? – pytam cicho, starając się opanować napływające do oczu łzy. – Czemu nie ty, lub ktokolwiek z was?
   - Jest Cahaninem i to w dodatku Wybranym – śmieje się blondyn, lecz jakże gorzki to śmiech. – Ma dużo większą moc, niż ja, czy wielu innych elfów. Jego krew jest inna. Potężniejsza.
Spuszczam oczy na ziemię. Zimny, twardy beton.
   - Czy jesteś gotowa ponieść taką cenę? Zastanów się dobrze, co jest dla ciebie ważniejsze.
Nie muszę nad tym myśleć. Dobrze znam odpowiedź na to pytanie…

niedziela, 25 stycznia 2015

Witamy w Australii...KSIĘŻNICZKO![p]

Konbanwa!
Zapraszam was do przeczytania prologu do premierowego opowiadania na blogu, noszącego tytuł ''Witamy w Australii księżniczko!'' Zachęcam do czytania i mam nadzieję, że się wam spodoba. Jeśli macie jakieś uwagi, zauważyliście błędy etc., piszcie śmiało :)
Ja ne!






- Idiotyzm. – mruknęła pod nosem przenosząc gniewne spojrzenie z jednej walizki na drugą. Przestronne, wysokie pomieszczenie pełne było porozrzucanych dookoła ubrań ; od butów przez wszelkiego rodzaju suknie, sukienki, spódniczki aż po nakrycia głowy. Ów obraz nie przedstawiałby się może tak tragicznie, gdyby nie wywleczona na drugą stronę pościel i poduszki, które ktoś cisnął z impetem o podłogę. Tak mocno, że rozleciały się na wszystkie strony. Czara goryczy została przepełniona. Pokój nastolatki zamienił się w pobojowisko.
   - Kimberley, pospiesz się! – zza drzwi dobiegł zduszony, zabarwiony zniecierpliwieniem głos.
   - Chrzanienie – prychnęła dziewczyna siadając na łóżku, które złośliwie ugięło się pod jej ciężarem. Zupełnie tak jakby dłużej nie mogło znieść jej nastrojów. Ale przecież miała pełne prawo się złościć! Miała prawo krzyczeć i tupać nogami. To niesprawiedliwe! Czemu matka nie zostawi jej tutaj, pod opieką babci lub innej zaufanej osoby...? Czemu zabiera jej możliwość życia w luksusie?! Australia! Też pomysł...Kangurów jej się zachciało...Ciekawe, czy węże i pająki spotkają się z takim samym entuzjazmem.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie te przeklęte, zeszłoroczne wakacje w Acapulco. Matka poznała jakiegoś australijskiego farmera(Dobry Boże, rolnik!), i zakochała się. Oczywiście tego się można było spodziewać po niestabilnej emocjonalnie rodzicielce. Ku zdziwieniu Kimberley matka nie tylko nie zapomniała o swym wakacyjnym ukochanym, ale też postanowiła zamieszkać z nim na jego ranczu w Austalii. O zgrozo! Wyjeżdżać z Los Angeles, gdzie godzinami moża się było pławić w luksusie...? Prosto w zbitą dechami dziurę, pełną dzikusów i zwierząt...Toż to głupota! Zamieniać wystawy sklepowe na drzewa, kurz i piach?! BEZSENS.
Kimberley robiła co mogła, by przemówić matce do rozsądku.
   - Nie możesz mi tego zrobić! Nie zgodzę się na to! – mówiła wtedy do matki, a jej gniew rósł z sekundy na sekundę.
   - Owszem, zgodzisz się. Wyjeżdżamy za tydzień.
   - Dlaczego mi to robisz? Czemu chcesz się przenieść do tej dziury pełnej kangurów?!
   Protestowała dobrych kilka godzin, z czasem jednak pojęła, że Jane jest zbyt uparta by ustąpić. Tak samo jak Kimberley. Ale jak to mówią, jakie jabłko, taka skórka - jaka matka, taka córka. Kimberley miała większość cech osobowości swojej matki. Upartość, dumę i wytrwałość. Jak już coś postanowiła, nikt nie mógł sprawić, by zmieniła zdanie. Nie było takiej siły. Dziewczyna doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Spróbowała więc przyjąć inną taktykę. Nie będzie się odzywała. Już nigdy nie powie nic do matki. I ma gdzieś, czy to ją wkurzy czy nie. Ma gdzieś jej potrzeby i prośby. Matka może ją zabrać siłą z domu i wywieźć w siną dal, ale nie zmusi jej, by to polubiła. Już ona się postara, żeby jej uprzykrzyć życie. A ten jej facecik...pozna siłę jej gniewu. Jane jeszcze będzie błagała córkę, by zechciała wrócić do domu...
Z rozkosznym postanowieniem w sercu i cwaniackim uśmiechem na ustach zamknęła otwartą walizkę i dumnym krokiem wyszła z pokoju. 
   - Jestem gotowa, mamo...