Konbanwa! n.n
Zapraszam do czytania drugiego rozdziału.
Wszystkich, którzy czekali aż coś się tu pojawi serdecznie przepraszam za opóźnienie.
Nie sprawdzałam błędów, ale jeśli coś zauważyłyście, napiszcie o tym
Pozdrawiam i życzę miłego czytania.
Torimou ^-^
''Szmaragdy''
-
de? Ade, co się dzieje? – czuję przez sen jak drobne, szczupłe dłonie Van zaciskają się na moich ramionach i potrząsają mną. Krzyczę, próbując się wyrwać nieistniejącej złej mocy. Wydaje mi się, że cała płonę. Krztuszę się własną krwią, próbując złapać oddech. Dookoła ogień... - Obudź się Ade, to tylko zły sen! Obudź się!Wrzask Van sprawia, że siadam gwałtownie na łóżku otwierając szeroko oczy. Nie ma już ognia, nie ma ciemności. Jestem w swoim pokoju, a obok mnie na łóżku siedzi Van, z malującymi się na twarzy troską i niepokojem. Nie mogę wykrztusić z siebie słowa. Wyciąga ramiona i obejmuje mnie mocno, chcąc uspokoić. Wtulam się w nią, a oczy zachodzą mi łzami. - Płonęłam. Wszędzie był ogień. Nie mogłam oddychać. - Już dobrze. Jestem przy Tobie siostrzyczko. Nie myśl o tym, to był tylko zły sen. Uspakajam się powoli, rytm mojego serca się wyrównuje, a oddech staje się miarowy. * Po szybkim prysznicu następuje równie szybkie śniadanie. Pakuję się w pośpiechu, mając nadzieję, że tym razem niczego nie zapomniałam. Od kilku tygodni nawiedzają mnie nieustanne koszmary. Ciemność. Ogień. Zieleń. Szmaragd. Czarne skrzydła. Przeważnie budzę się z krzykiem, oblana zimnym potem, a Vanessa musi mnie pocieszać. Zabawne jest to, jak odwróciły się nasze role, do tej pory to ja byłam tą, która zawsze jest przy siostrze. To ja byłam jej oparciem w trudnych chwilach.Mimo wszystko jestem jej wdzięczna. Taka siostra to prawdziwy skarb.Gdy już wszystko jest spakowane, biegnę na przystanek, martwiąc się, czy zdążę na czas. Wyluzuj– myślę – Zdążysz. Mimo wszystko nie potrafię pozbyć się dziwnego rozdrażnienia. Nie rozumiem siebie ani tego co się obecnie ze mną dzieje. Od kiedy stałam się tak drażliwa? Dotychczas byłam zdystansowana do wszystkich i do wszystkiego, mając głęboko w poważaniu cały świat. Całe szczęście docieram na przystanek w odpowiednim czasie. Tym razem nie spóźnię się do szkoły. Wzdycham, ni to z ulgą ni to z zawodu. Gdy po jakimś czasie przyjeżdża autobus, wsiadam do niego machinalnie i zajmuję jedno z miejsc. Droga jest stosunkowo krótka, dwadzieścia minut jazdy, z czego co najmniej dwie na kocich łbach, ale nie narzekam. Jestem tak zaabsorbowana swoimi myślami, że ledwie to zauważam. Autobus staje przy samej szkole, wysiadam z niego i czym prędzej biegnę do wejścia. Otwieram drzwi wejściowe i puszczam się pędem szkolnym hallem, choć do lekcji zostało dobre piętnaście minut. Wchodzę po schodach szybkim krokiem. Chcę jak najszybciej znaleźć się na miejscu. W pewnej chwili uderzam o coś z głuchym łoskotem i chwieję się. Spadłabym ze schodów, gdyby nie poręcz, której kurczowo się łapię. Uświadamiam sobie, że wpadłam na kogoś. Na jakiegoś nieznanego mi chłopaka. Nie widzę jego twarzy, głowę mam opuszczoną. Jedyne na co mogę się zdobyć to krótkie, gniewne : - Patrz, jak chodzisz!Nie odpowiada. Nie rozumiem, czemu wciąż stoi w miejscu, czemu nie pójdzie dalej, tylko stoi przede mną, jakby na coś czekał.Potrząsam ograniczającą widzenie grzywką, i podnoszę głowę, spoglądając w górę, w stronę nieznajomego. I nagle coś się dzieje. Wszystko znika. Ale nie tak w przenośni. Nic nie wiruje, nic nie wybucha, tylko po prostu znika. Nie słyszę już rozbiegających się po korytarzu szkolnym krzyków, nie widzę biegających dookoła dzieci. Otacza mnie intensywny blask. Nie umiem tego wyjaśnić, ale jest tak jak czasem pokazują na filmach, gdy człowiek umiera. Wszechobecna jasność. Czuję na sobie spojrzenie i kieruję wzrok przed siebie. Dopiero wtedy światło eksploduje, nie oślepiając mnie jednak. Łapię oddech i wstrzymuję go na chwilę. W tym momencie nasze oczy się spotykają…* Są piękne. Duże i okrągłe o szmaragdowo – zielonym kolorze. Patrzą na mnie głęboko i intensywnie, jakby chciały przeniknąć przez moją duszę. Jego oczy. Tego chłopaka z którym przed sekundą się zderzyłam. Oczy dziwnie znajome.Hej, opanuj się! – krzyczą moje myśliSpuszczam wzrok na ziemię, a wtedy wszystko znika. Cała jasność wygasa. Rozglądam się dookoła. Znów stoję na schodach szkolnego korytarza, wypełnionego piskiem dzieci i krzykami starszych uczniów. Wszystko wraca do normy. Kiedy ponownie spoglądam przed siebie, już go nie ma. Zniknął… - Dziwne – mruczę pod nosem myśląc, że to wszystko było tylko moim urojeniem. Zła na samą siebie ruszam schodami i kieruję się do swojej klasy. Szybko zajmuję swoje miejsce w ostatniej ławce, w rzędzie pod oknem. Nikogo jeszcze nie ma, mam więc chwilę samotności i wyjmuję z torby książkę. ‘’Władca Pierścieni’’ – głosi zdobiący grubą okładkę tytuł.Wzdycham i zaczynam przerzucać nerwowo kartki. Znajduję swój ulubiony fragment i zaczynam czytać. Nawet nie zauważam, że po chwili dzwoni dzwonek. - Adediot! – ktoś wydziera mi się do ucha tak głośno, że gwałtownie podskakuję na krześle, a książka wypada mi z ręki na podłogę. - Niezdara! – moich uszu dobiega szczebiot Amber, jak zwykle otoczonej wianuszkiem wielbicieli. Jak wcale nie trudno się domyślić dezaprobata w jej głosie skierowana jest do mnie. Nie mam ochoty się z nią kłócić, więc odwracam głowę w stronę okna i czekam, aż zacznie się lekcja. Po chwili słyszę, jak do klasy wchodzi reszta uczniów, a za nimi nauczyciel. Czekam, aż drzwi do klasy zamkną się z łoskotem, jak zwykle się dzieje, gdy do sali wchodzi pan Baumann, jednak nic takiego nie następuje. Słyszę kroki i uzmysławiam sobie, że do klasy wchodzi ktoś jeszcze. Cichną wszelkie rozmowy w klasie, wszyscy kierują wzrok w stronę stojącej w drzwiach osoby. - To jest Nevan Harris, będzie waszym nowym kolegą w klasie. Głucha cisza. - Usiądź obok Adienny, w ostatniej ławce pod ścianą. – słowa pana Baumanna są dla mnie jak wyrok. Nie dość, że od samego rana klasowa idiotka obrała sobie mnie jako kolejny obiekt kpin, to jeszcze do tego będę musiała dzielić ławkę z nowym uczniem. Po prostu pięknie! Czemu świat nie chce zostawić mnie w spokoju?! - Proszę pana, to miejsce należy do… - Nevana Harrisa, od dzisiaj będziesz siedziała z nim w ławce… - ubiega mnie, nim zdążam zaprotestować. Nie mogę zrobić nic więcej, jak zasunąć suwak bluzy aż pod samą szyję, i potrząsnąć brązowymi włosami tak, że zasłaniają mi całą twarz, a grzywka przykrywa moje oczy, przez co praktycznie nic nie widzę. Słyszę kroki, i dźwięk przesuwanego krzesła. Wiem, że już na nim usiadł. Obok mnie. Dzieli nas zaledwie kilka centymetrów…Głosy w klasie odżywają na nowo, słyszę w nich zdziwienie pomieszane ze złośliwym chichotem Amber, który wyjątkowo się wyróżnia na tle innych. Oczywiście w negatywnym znaczeniu. Prawda jest taka, że nikt w klasie jej nie lubi. Nikt, za wyjątkiem otaczających ją jak wianuszek dziewcząt i grupki napalonych chłopców . Łatwo zgadnąć, czemu tak za nią latają. Zawsze była puszczalska… - Otwórzcie książki na stronie 173… Zamykam się we własnym świecie. Tak, jak przed chwilą pragnęłam, by lekcja się zaczęła, tak teraz równie gorąco modlę się o jej koniec. Nie chcę głowić się nad tymi cholernymi wielomianami. Chcę do domu, do mamy i taty. Wiem, że to głupie, ale tylko tam czuję się dobrze. Wszędzie jest mi źle i nigdzie nie mogę się odnaleźć. Moje przyjaciółki przeniosły się do innej klasy, a ja głupia zostałam. Sama nie wiem po co. Czekam tylko na dzwonek. Gdy w końcu dzwoni czuję niewyobrażalną, rozchodzącą się po moim ciele ulgę. Podnoszę się szybko z krzesła i pakuję książki do torby. Wszyscy już opuścili klasę, więc i ja mogę wyjść. Zawsze z tym zwlekam, by znów nie paść ofiarą Amber i jej długich nóg, podstawionych pod moje. Idę do szkolnej stołówki, by spokojnie zjeść obiad, i porozmawiać z przyjaciółkami. - Dziesięć minut. Czekałyśmy na ciebie dziesięć minut! – moja młodsza siostra, Vanessa naskakuje na mnie od razu, gdy pojawiam się przy stoliku. - Spokojnie Van. Przecież wiesz, dlaczego… - Cholera, Ade!!! Czy ty musisz się tak przejmować tym, co robi ta idiotka? Rozumiem, że nie chcesz zaliczyć gleby przy całej klasie, nie mniej jednak nie możesz od nas wymagać, że będziemy na ciebie czekać z jedzeniem – mówi Kim, przygryzając kpiąco wargę. - A czy ja od was tego wymagam? – wzruszyłam ramionami. - Dałaś nam to do zrozumienia. - Nie, tylko ty jak zwykle sobie coś ubzdu… - Dziewczęta spokój! – krzyczy Iris, chcąc nas uspokoić. – Love and peace. – wyciąga przed siebie ręce. - Czy wy choć raz możecie się nie kłócić przy jedzeniu? – dodaje z przekąsem Kim. -Nie!!! – odpowiadamy zgodnym chórkiem. Wszystkie pięć wybuchamy głośnym śmiechem i cała napięta atmosfera znika równie szybko jak się pojawiła. Jemy swoje porcje spoglądając na siebie, raz po raz krztusząc się smakowitym spaghetti. - O kuźwa, jaki słodziak! – mówi nagle Kim, podnosząc widelca. Makaron zsuwa się z niego, i spada na jej nowiutkie lewisy. - Wyrażaj się – karci ją Rozalia, nasza delikatność. - Gdybyś widziała to, co ja… - A cóż ty takiego zobaczyłaś? – dziwię się - Tam – wskazuje palcem wchodzącego na stołówkę wysokiego chłopaka. Jakiś nagły impuls sprawia, że gwałtownie odwracam głowę. Nie chcę na niego patrzeć. Nie chcę wiedzieć, ani kto to, ani jak wygląda. - Boże, facet jak facet – krzywię się – To żaden powód by upuścić na nowe spodnie makaron z sosem. - Ech, upierze się – głośny, perlisty śmiech Kim rozchodzi się po szkolnej jadalni, przykuwając uwagę chłopaków i bardzo zazdrosnych dziewczyn – Poza tym, gdybyś tylko na niego spojrzała, przyznałabyś mi rację, że jest nieziemski. - Hmm…ona ma rację Ade – Rozalia potrząsa swoją platynową grzywą. – Gdyby nie Leo, sama bym się nim zainteresowała. - Przestańcie. Mówicie tak, żeby mnie pocieszyć. Ogłaszam wszem i wobec, że świetnie sobie radzę. Nie wiem, czemu się tak uparłyście, żeby koniecznie znaleźć mi faceta. - Ade, posłuchaj… - Nie, Van. To ty posłuchaj. Wszystkie posłuchajcie. Nie chcę żadnego użalania się nade mną, i żadnych idiotycznych tekstów w stylu ‘’Ten koleś jest boski’’. Już się zakochałam, a że bez wzajemności…to inna rzecz. Nie oznacza to jednak, że potrzebuję innego faceta. Może wcale go nie potrzebuję. Dlatego po raz ostatni proszę, byście więcej nie poruszały tego tematu. Przynajmniej w mojej obecności. Zrozumiano? - Ale… - Kim chce coś powiedzieć, lecz nie dopuszczam jej do głosu. - Pytałam, czy zrozumiano??? - Tak – zrezygnowane kiwają głowami, wracają do swoich talerzy i kończą jedzenie. Spoglądam na swoje rozgrzebane spaghetti i zbiera mi się na wymioty. Nie mam ochoty na moje ulubione danie. Nie mam ochoty na nic. Najchętniej rozpłynęłabym się w powietrzu. Gdybym tylko znała jakieś magiczne zaklęcie. Ale magia przecież nie istnieje…* Nim rozpoczyna się kolejna, ostatnia lekcja robię serię głębokich wdechów i wydechów. Nie dam się sprowokować Amber! Postanawiam, że całą lekcję będę spokojna. Wchodzę do klasy, ignorując złośliwe podszepty dziewczyny. Zajmuję swoje miejsce w ostatniej ławce i skupiam się na lekcji. Staram się nie zwracać uwagi na tę blondynę. Staram się nie myśleć o tym, że ledwie kilka centymetrów ode mnie siedzi chłopak. Ten, którego obecność wywołuje gęsią skórkę i drżenie serca. Choć słowa pana Sandersa specjalnie do mnie nie docierają, mimo to wolę udawać, że słucham. Cokolwiek, by Nevan nie domyślał się jak na mnie działa. Cokolwiek, by Amber nie myślała, że obchodzą mnie bzdury, które wygłasza na mój temat. Bo nie obchodzą. Może mówić, że jestem brzydka, niezdarna i przygłupia. Ja wiem, jaka jestem i żadna wystrojona modnisia tego nie zmieni. Never! Denerwujące jest jedynie to, że uważa się za najpiękniejszą na świecie i ogólnie lepszą od innych. Nie jest w niczym lepsza. A co do urody...bądźmy szczerzy jest raczej przeciętna. Jednak operacje plastyczne potrafią zdziałać cuda. A ona ma ich na koncie całkiem sporo, sądząc po rozmiarach jej biustu. Ale jak się ma nadzianego tatusia to operacje są na porządku dziennym. Gdyby jeszcze miała tyle rozumu co kasy. Dobrze, że Nataniel jest normalny, aż dziw, że są ze sobą spokrewnieni...Dość! Dosyć myślenia o tej lalce...Nie jest lepsza od ciebie, nawet nie waż się do niej porównywać! Jeszcze chwila...jeszcze kilka minut. W końcu! Dzwoni upragniony dzwonek. Wstaję i pakuję swoje rzeczy do plecaka. Kieruję się do wyjścia, gdy nagle słyszę za plecami głos : - Czegoś zapomniałaś…Odwracam się, i serce mało nie wyskakuje mi z piersi. To, co widzę sprawia, że na moment brakuje mi oddechu.Jest wysoki. Bardzo wysoki, na oko metr dziewięćdziesiąt. Granatowa koszula w białą kratkę opina jego barki i smukłe, choć umięśnione ramiona. Idealnie przylega do silnego torsu, uwydatniając wszelkie jego walory. I jego twarz. Delikatna i uduchowiona, jakby należała do anioła. Jest …przystojny? Nie, to słowo jest zbyt banalne, zwyczajnie nie wystarczy, by określić jego urodę. Jest piękny, przeraźliwie piękny. Długie, okalające jego twarz włosy są gęste i czarne. Idealny łuk ciemnych, męskich brwi. I te oczy…szmaragdowe…Czuję się tak, jakby do moich oczu dostało się intensywne, oślepiające światło, choć w zasadzie nic takiego się nie stało.Chłopak stoi spokojnie, trzymając w ręku mojego ‘’Władcę Pierścieni’’. Podchodzę szybkim krokiem, lekko się chwiejąc. - Proszę – mówi podając mi książkę, a gdy nasze dłonie na ułamek sekundy się spotykają, moje ciało przeszywa prąd. Drżę i spoglądam na niego. Uśmiecha się. Nie jest to kpiący uśmiech, taki jak u Amber, lecz najmilszy, najbardziej uprzejmy uśmiech, jaki w życiu widziałam. - Dzięki – odpowiadam, gdy moje ściśnięte gardło jako tako dochodzi do siebie. - Wszystko w porządku? – pyta spokojnie, widząc moje rozedrganie. Jest całkowicie opanowany, a jego twarz nie wyraża żadnych emocji, za wyjątkiem uprzejmości i czegoś jeszcze, czego jednak nie mogę rozszyfrować. Patrzy na mnie, jak wkładam książkę do plecaka, i później, gdy szybkim krokiem wychodzę z klasy. Przez ten cały czas nie spuszcza ze mnie wzroku, wręcz czuję go na sobie. Kim on jest...?
Konbanwa! ^-^
Na wstępie przepraszam, że tak długo nic nie pisałam, ale było to spowodowane brakiem czasu(sesja i te sprawy). Całe szczęście, załatwiłam wszystko co mi potrzebne do szczęścia, więc od teraz mogę poświęcić na pisanie więcej czasu ^-^Życzę miłego czytania drugiego rozdziału opowieści o przygodach naszej ''Księżniczki''. Mam nadzieję, że rozdział się wam spodoba. Miłego wieczoru!
Torimou

"Zasada 2 – nim rozpoczniesz kąpiel, sprawdź, czy zamek do łazienki działa jak należy!" Minęło kilka tygodni, odkąd zaczęło się dla niej zupełnie inne niż dotychczas życie. Zadziwiające, jak wolno płynął czas w tym nowym, nieznanym miejscu. Każdy tydzień trwał tak długo, że mogłaby przysiąc, iż nie były to tygodnie a całe wieki. Z drugiej strony miało to swoje plusy. Im więcej czasu upływało, tym większy komfort czuła. Tak naprawdę, to nie wiedziała nawet w którym momencie przestała się tu czuć jak obca. Kimberley zdarzały się momenty, w których nie wiedziała jak zareagować. Czasem sięgało to nawet zażenowania, ale przy tej rodzinie nie mogło być inaczej. Musiała się pogodzić z tym, że zawstydzające sytuacje są dla tej rodziny chlebem powszednim. Nigdy w całym swoim życiu nie spotkała ludzi, którzy byliby podobni do nich. Do tej pory stykała się z ludźmi pochodzącymi z arystokratycznych domów, żyjących wedle ściśle ustalonych zasad. A Doyle’owie? Żyli pełnią życia, omijając szerokim łukiem sztywne reguły. Daleko im było do trzymających się etykiety angielskich dyplomatów. Dziecko zwracające się do rodzica po imieniu? Nie akceptowalne. Dla wnuczki ambasadora, wychowującej się w środowisku dworskich manier takie zachowanie zostałoby surowo ukarane. Z początku Jane próbowała interweniować, mówiąc, że nie powinni zwracać się w ten sposób do swojego ojca, z czasem zauważyła jednak, że tłumaczenie nie odnosi oczekiwanych skutków i postanowiła to ignorować. W dodatku Adam zdawał sobie nic z tego nie robić. Bawiło go to, gdy chłopaki przekomarzali się z nim co najmniej tak jakby był ich kumplem. Z drugiej strony, nie można było mu zarzucić, że przez to nie widzą w nim ojca, wręcz przeciwnie. Ich więzi były wyjątkowo silne. Widać to było nawet w głupich żartach i psikusach, nawet w sprzeczkach podczas wspólnych posiłków. Ta miłość do życia, radość, która od nich biła stawała się zaraźliwa. Czy właśnie tak powinna wyglądać kochająca się rodzina? Czy prawdziwy dom to miejsce, w którym każdy podchodzi na luzie do wielu spraw, wiedząc, że to co liczy się najbardziej to nie równo wyprasowany kołnierzyk od koszuli i poprawnie zapięte guziki kamizelki, a fakt, że wszyscy są razem? Jak brzmi definicja prawdziwej rodziny i czy w ogóle można ją zdefiniować? Nie znała odpowiedzi na to pytanie, wiedziała natomiast jedno – nie zależnie od tego, czy mieszczą się w kanonach, czy nie – czuła się tu chciana. Każdy dzień w domu Doyle’ów był nową przygodą. Postanowiła więc, że poczeka z cierpliwością na to, co przygotował dla niej los.* - Kim, wszystko w porządku? - Tak, bo co? – burknęła, zaplatając swoje długie, jeszcze wilgotne włosy w luźny warkocz. Poczuła na sobie intensywne spojrzenie. Z pewnością minęło dobre pół minuty, nim z ust Luki padła odpowiedź. - Nie żebym się czepiał, czy coś ale...kto normalny idzie biegać w samym środku nocy?Nim zdążyła się ustosunkować do tego, co powiedział brunet, na korytarzu rozbrzmiał głośny, perlisty śmiech. O nie, tylko nie on... Na sam dźwięk tego głosu wnętrzności Kimberley kurczyły się z niepokoju. - Kto mówił, że Kimbrylby jest normalna? – powiedział Sasha, idąc przez salon w kierunku Kim i szczerząc w uśmiechu równe zęby. Jego czarna koszula była rozpięta, a nogi bose. W ręku trzymał wzorzystą szklankę, wypełnioną czymś po brzegi. - Nie, ty nie! Tylko nie ty! – wyciągnęła przed siebie ręce, w obronnym geście – Idź sobie! - Boisz się mnie? – spytał chłopak, podchodząc jeszcze bliżej dziewczyny. - Tak. Jesteś złem. - Przyniosłem Ci sok pomarańczowy – uśmiechnął się, wyciągając przed siebie szklankę z sokiem. - Ty...zawsze wiesz jak zrobić ze mnie tę wredną, co?Odpowiedział jej cichy chichot. - To nie moja wina, że Ryan zepsuł zamek do łazienki. - Właśnie! Wiedziałeś, że jest zepsuty a mimo to wszedłeś do środka! – rzuciła się na niego z pięściami i byłaby trafiła go prosto w twarz, gdyby nie Luca. Chłopak złapał ją za ręce, nim zdążyła zrobić coś więcej. - Opanuj się! Nic strasznego się nie stało. - Puszczaj! – krzyknęła, miotając się na wszystkie możliwe strony – Muszę to zrobić. Muszę zedrzeć mu z ust ten głupi uśmieszek! - Uspokój się w końcu, tylko pogorszysz sytuację. Uderzenie go nie sprawi, że poczujesz się lepiej po tym jak widział cię nago. W tym momencie zapadła całkowita cisza. Kimberley znieruchomiała i przygryzła nerwowo wargę, czując gorąco na twarzy. Czy on musiał mówić to na głos?!Wzdrygnęła się w proteście, gdy sytuacja sprzed kilku minut pojawiła się przed jej oczami jak fatamorgana. Nigdy nie zapomni momentu, w którym otworzyły się drzwi łazienki, gdy wychodziła spod prysznica. Grr, że też zawsze mi się to przytrafia! I dlaczego to nie mogła być mama albo Mandy...tylko Sasha! Czemu?! - Nie martw się Kimbrylby, nikomu nie powiem, że jesteś płaska jak deska. Więc nie smuć się już i wypij soczek, dobrze? – uśmiechnął się szatyn i jakby nigdy nic podsunął jej pod usta szklankę. - Tylko nie myśl, że to oznacza rozejm, jasne? – łypnęła na szatyna z pod oka, zaciskając pięści.- Tak, wiem Kimbrylby. A teraz pij. - Luca puść moje ręce, inaczej nie będę mogła uchwycić szklanki.- Nie przejmuj się Kimbrylby, mam na to niezawodny sposób – powiedział Sasha, grzebiąc w rękawie swoich spodni. Mimowolnie skierowała spojrzenie w dół jego spodni, na kolana, aż zatrzymało się na jego stopach i... - Jezu Chryste! Gdzie są twoje buty?! Znowu rzucałeś w ojca glanami? - Yyy...no ja...yyy...znaczy...haha! – ktoś inny mógłby uznać za słodkie to zakłopotane spojrzenie jakie jej posłał. Ale nie ona. Wszystko, co robił działało na nią jak płachta na byka. - No więc? Co się z nimi stało? Zjadłeś je czy co? - Zgubiłem – powiedział, wzruszając ramionami. - I to dlatego chodziłeś boso po błocie? Wspaniale, po prostu pięknie! Tylko wiesz, ktoś będzie musiał to później posprzątać. Od razu mówię, że nie będę to ja. Ostatnim razem do czyszczenia trzeba było użyć szpachli.Odpowiedziała jej kolejna seria niewinnych minek pod tytułem ’’Co złego, to nie ja’’ oraz ’’Wyluzuj, bo dostaniesz raka’’. Westchnęła, kierując się do drzwi. - Chyba jednak się przejdę. - A jak spotkasz węża? - Trudno, najwyżej mnie ukąsi! Nie dbam o to! - Jest późno... - To co z tego? Skoro tobie wolno gubić buty i wchodzić do domu z nogami utytłanymi w błocie, to ja mogę wychodzić gdzie mi się chce i kiedy mi się chce!Wybiegła z domu, nie mogąc wytrzymać ani jednej sekundy dłużej w jednym pomieszczeniu z tym...czymś, co się zwie Sasha. Skończę w domu bez klamek...* - Czy ty zawsze musisz doprowadzać ją do takich stanów? – Luca usiadł na fotelu, patrząc na Sashę, który z zapamiętaniem szorował podłogę. - To nie moja wina. To jakoś zawsze samo wychodzi. - Rety, ty to dopiero masz talent. Zawsze w odpowiednim miejscu i czasie – na wargach bruneta pojawił się cwany uśmieszek – Naprawdę nie wiedziałeś o tym zepsutym zamku? Na te słowa Sasha gwałtownie podniósł głowę, omal nie przewracając wiadra z wodą. - Co? Ja...nie wiedziałem. Nawet na nią nie patrzyłem. - A cóż to...ty chyba...czyżby to był rumieniec? - zaśmiał się Luca, wskazując palcem swojego brata. – To jest rumieniec. - Nie prawda... - Ależ tak, jesteś czerwony jak burak z ogrodu babci Kat! - Zamknij się! – szatyn rzucił w brata mokrą gąbką, którą wcześniej mył podłogę. - Więc skąd wiesz, że jest płaska jak deska, skoro na nią nie patrzyłeś, hę? – uśmiech Luki był coraz szerszy. - Ja nie...to było pierwsze, co mi się rzuciło w oczy! – Sasha zacisnął dłonie w pięści i zamknął oczy, krzycząc. - Uhu-hu, ktoś tu się zdenerwował – Czarnowłosy zacmokał, rozkoszując się chwilą. Uwielbiał droczyć się ze swoim młodszym bratem. Poza tym drań również się z nim droczył, więc nie chciał być mu dłużny. Sasha popatrzył na niego przez chwilę zaciskając pięść prawej ręki, po czym wstał i skierował się do drzwi wyjściowych. - Dokąd się wybierasz? - Szukać Kimbrylby. Nie wróciła jeszcze, choć jest już druga nad ranem. Lepiej, żeby była w domu, gdy Jane i Adam wrócą. - Racja, jak Jane się dowie, że pozwoliliśmy Kim wyjść o takiej późnej godzinie, zrobi nam jesień średniowiecza! - Ona jest gorsza od Kimbrylby! - To będzie nasza śmierć!Z tymi słowami dwóch braci rzuciło się do drzwi.* Szła przed siebie. Powoli, spokojnie. Powietrze było lekkie i świeże, mimo panującego za dnia upału. Na niebie wesoło błyszczały gwiazdy, widoczne pośród chmur. Pewnego dnia będzie je podziwiać, leżąc na plecach. To niesamowite jak wiele ich było widać. W mieście o takich widokach mogła tylko pomarzyć. Z drugiej strony nie było tam klauna o imieniu Sasha. Ale jak to mówią, wszystkiego mieć nie można. Westchnęła.Może przesadzam? Powinnam trochę wyluzować, co? Zachowuję się jak zgorzkniała, stara panna...Myślała, idąc powoli, przed siebie, w bezmiar nocy. Szła tak długo, aż straciła orientację w terenie. Ogarnięta nagłym zmęczeniem, zatrzymała się przed jednym z domów i usiadła na trawniku, patrząc w rozgwieżdżone niebo. To miał być jedynie odpoczynek, jednak z każdą chwilą była coraz bardziej znużona. Zasnęła więc pośród traw, pod gołym niebem, po raz pierwszy w swoim szesnastoletnim życiu.* Gdy w końcu ją znalazł, wschodzące słońce błyszczało już czerwienią nad linią horyzontu. Powietrze było spokojne i chłodne, jakby czekało aż dzień na dobre się obudzi.Luca już dawno zaprzestał poszukiwań, mówiąc, że nie zamierza latać za rozpieszczoną pannicą, która najwyraźniej ma jeden ze swoich humorków. Sasha natomiast czuł się troszkę winny po tym, co się stało. Nie zrobił tego specjalnie. Zdarzało mu się działać bezmyślnie, ale nigdy nie wszedłby do łazienki wiedząc, że kąpie się w niej Kimberley. Wystarczyły mu niewinne psikusy, nie miał zamiaru przekraczać tej cienkiej granicy, która dzieliła droczenie się z kimś i zboczony stalking. To było raczej w stylu Luki. Wszyscy w rodzinie wiedzieli, że drań ma w głowie pełno kosmatych myśli, a i sam brunet temu nie zaprzeczał.No gdzie ty jesteś Kimbrylby – myślał, rozglądając się po raz trzeci po tej samej okolicy. Nagle jego wzrok gwałtownie się zatrzymał. To jest...nie, nie możliwe. Zaczął podchodzić bliżej w stronę dziwnie znajomego kształtu. Nie mógł wyjść z zaskoczenia, gdy upewnił się, że to nie złudzenie. Kimberley leżała na wilgotnej od rosy trawie i jakby nigdy nic spała. Na początku był tak zszokowany, że jego ciało zastygło w bezruchu. Po kilku chwilach otrząsnął się, zdając sobie sprawę z tego, że dziewczyna drży Głupia Kimbrylby!
Zapraszam do czytania pierwszego rozdziału opowiadania ''Sunchild'' ^.^ Przy okazji chciałabym zaznaczyć, że przytoczone fragmenty ''Romea i Julii'', nie są tłumaczeniem, więc ich dziwna składnia nie liczy się jako błąd(np. w zdaniu przyjm modły ich, przyjmij).
Nie sprawdzałam błędów, ale jeśli coś zauważyłyście, napiszcie o tym.
Pozdrawiam i życzę miłego czytania.
,,Płomienie’’
ienawidzę rozpoczęć roku. Nienawidzę! Głupkowate akademie w głównym hallu szkoły, przedstawienia szkolnego kółka teatralnego i tym podobne bzdury. W dodatku muszę mieć na sobie ten koszmarny mundurek galowy. Nie cierpię go. Krótka, ściśle przylegająca do ciała sukienka, do tego biała koszula z rękawkiem i czerwona mucha bądź krawat. Podczas ważnych uroczystości, takich jak rozpoczęcie roku szkolnego, dzień Nauczyciela, czy innych, równie istotnych, obowiązkiem każdego ucznia jest założyć mundurek. W dzień powszedni możemy chodzić ubrani tak jak chcemy. Mam ochotę zwiać stąd jak najprędzej, nie robię tego jednak. Stoję w miejscu i patrzę nieobecnym wzrokiem na scenę. W przedstawieniu gra moja młodsza siostra, Vanessa. Nie mogę odejść, obiecałam jej to. Rozpętałaby trzecią wojnę światową, gdybym nie przyszła. Kurtyna powoli rozsuwa się, a na scenę wychodzi dwóch przebranych w dziwne stroje chłopców. Po chwili milczenia pierwszy odzywa się dziwnym głosem ; - Dalipan, Grzegorzu, nie będziem darli pierza.Drugi odpowiada ; - Ma się rozumieć, bośmy byli zdziercami. - Ale będziemy darli koty, jak z nami zadrą. - Kto zechce zadrzeć z nami, będzie musiał zadrżeć. - Mam zwyczaj drapać zaraz, jak mię kto rozrucha. - Tak, ale nie zaraz zwykłeś się dać rozruchać.Rozlega się głośny, chłopięcy śmiech. Ci dojrzewający chłopcy, tylko jedno im w głowach… - Te psy z domu Montekich rozruchać mię mogą bardzo łatwo…Znów śmiech. Nudzi mi się potwornie, postanawiam jednak, że wytrwam do końca ,,Romea i Julii’’. Van tak gorąco mnie o to prosiła, że nie miałam serca jej odmówić, i obiecałam, że przyjdę.Mijają sekundy za sekundami, minuty za minutami. Siedzę na krzesełku na widowni i staram się nie zasnąć. Jest to niesamowicie trudne, gdyż nudzi mi się coraz bardziej. Nie gustuję w teatrze, a już na pewno nie w jakichś romansidłach. ,,Romeo i Julia’’? To nie dla mnie. Wolałabym już zobaczyć inscenizację ,,Piotrusia Pana’’ lub czegoś w tym rodzaju. Ale kto wystawi coś takiego w liceum?Po kolejnej scenie kurtyna opada, by za chwilę znów się podnieść wprowadzając widza w nową scenerię, a na sam środek sceny wychodzą dwie postaci. - Gdzie moja córka? Idź ją przywołać. - Na moją cnotę do dwunastu wiosen – Już ją wołałam. Pieszczotko, biedronko! Julciu! Pieszczotko moja! Moje złotko! Boże, gdzież ona jest? Julciu?Wtedy zza kurtyny wyłania się Van. Jest Julią. Ma na sobie piękną, błękitną suknię, rodem ze średniowiecza. - Czy mnie kto wołał? – pyta głosem słodkim jak miód.Zawsze bardzo chciała zagrać Julię w przedstawieniu. To jej wielki sekret, ale marzy o tym, by w przyszłości zostać aktorką, najlepiej telenowelową. Mimo całej swojej zawziętości i upartości jest niezwykle romantyczna i nie wstydzi się ujawniać uczuć. Ponadto los obdarzył ją bardzo spontanicznym, emocjonalnym i szczerym usposobieniem. Nie to co mnie… Van to moje całkowite przeciwieństwo. Nie tylko pod względem wyglądu(ja mam włosy w kolorze mysim, ona jest bardzo ciemną szatynką, moje tęczówki są szare, a jej oczy mają śliczny, piwny odcień), ale też osobowości. Uwielbiam styl gotycki, i zawsze ubieram się na czarno. Vanessa natomiast preferuje lekkie, powłóczyste sukienki. Najciekawsze jest to, że kiedyś było inaczej. Uwielbiałam kolory tęczy i nigdy w życiu nie zrobiłabym kolczyka w nosie. Ale teraz jestem inna. Jest tak dokładnie od momentu pożaru pewnej jesieni. Pamiętam to jak przez mgłę. Stojący w płomieniach dom, brak tlenu…Byłyśmy same w pokoju, dookoła otaczający nas ogień. Tego dnia spaliła się nasza kamienica...Otrząsam się z letargu, widząc że nadszedł czas pierwszej wspólnej sceny Nataniela i Vanessy. A raczej Romea i Julii… - Nie mająż święci ust jak pielgrzymi? – Nat ujmuje w ręce drobne dłonie Van. Widzę malujący się na jej twarzy zachwyt, delikatny rumieniec wypływający na jej policzki. Dobrze wiem, że od podstawówki się w nim kocha. Biedaczka. Od przeszło ośmiu lat nie może wybić go sobie z głowy. Dobrze ją rozumiem. Sama mam taką samą sytuację. Tyle, że ja i mój wybranek nie jesteśmy ''najlepszymi przyjaciółmi od nie wiem kiedy''. My wcale nie jesteśmy przyjaciółmi. Dake nie jest też cichym, spokojnym chłopakiem. To bożyszcze nastolatek, obiekt uwielbienia damskiej części szkoły. Oczywiście dla mnie jest on nieosiągalny. Równie dobrze mogłabym się wdrapać na Mount Everest z moim lękiem wysokości…Nie jest też chłopcem, któremu w głowie szkolne przedstawienia, woli się bawić na dyskotekach ze szklanką piwa i papierosem w ręku. Skąd to wiem? Ano wszyscy to wiedzą. Plotki roznoszą się lotem błyskawicy. Sama nie wiem jak to możliwe, że spodobał mi się ktoś taki. - Niechże ich usta czynią to co ręce; Moje się modlą, przyjm modły ich, przyjmij. – Nataniel spogląda jej głęboko w oczy. A ja znów bujam w obłokach, przeoczając kwestię Van. - Niewzruszonymi pozostają święci, choć gwoli modłów niewzbronne ich chęci. - Ziść więc cel moich, stojąc niewzruszenie, I z ust swoich moim daj wziąć rozgrzeszenie. – składa na jej ustach pierwszy pocałunek. Od Vanessy wiem, że nie ćwiczyli tego na próbie. Zawsze w tym momencie ktoś im przeszkadzał, a później nie było już na to czasu. Otwieram szeroko usta, naturalnie ze zdziwienia. Nie chodzi o to, że właśnie ją pocałował, w końcu to zwykła, zawarta w scenariuszu scena. Szokiem dla mnie jest to J A K ją pocałował. Przyciąga do siebie jej kruche ciało i wtapia się zachłannie w jej wargi. Ona zarzuca mu ręce na szyję, Nataniel jedną dłonią obejmuje ją w pasie, drugą kładzie na bladym policzku mojej siostry. Trzeba mu przyznać, że umie wczuć się w rolę. Szkoda mi Vanessy. Dla niej ten pocałunek jest ziszczeniem wszystkich pragnień, dla niego jedynie koniecznym do zagrania epizodem. Blondyn traktuje ją tylko jak przyjaciółkę. W końcu ich usta się rozłączają. - Moje więc teraz obciąża grzech zdjęty. - Z mych ust? O! grzechu, zbyt pełen ponęty! Niechże go nazad rozgrzeszony zdejmie! Pozwól.Całuje ją znowu… - Jak z książki całujesz, pielgrzymie…Mija scena a za nią kolejna. Kiedy to się w końcu skończy… - O! Julio, przysięgam na ten księżyc, co wspaniale powleka srebrem tamtych drzew wierzchołki… - O! Nie przysięgaj na księżyc, bo księżyc co tydzień zmienia kształt swej pięknej tarczy ; i miłość moja po takiej przysiędze mogłaby również zmienną się okazać. - Na cóż mam przysiąc?I po niedługim czasie upragniony koniec… - Smutniejszej bowiem los jeszcze nie zdarzył jak ta historia Romea i Julii…Oddycham z ulgą, gdy światła na hallu rozbłyskują, kurtyna opada, a potem się podnosi. Koniec przedstawienia. Czekam jeszcze na Vanessę i rozglądam się po korytarzu. Nudzi mi się niemiłosiernie, głównie dlatego, że szkoła jest już pusta i nie mam do kogo się odezwać. Słyszę za plecami zbliżające się kroki i podniesione głosy. Tak, to idzie banda rozwydrzonych chłopaków…A wśród nich mój kochany Dake. Przechodzi obok nawet na mnie nie patrząc. Jest mi przykro, gdy mija mnie tak jakbym była powietrzem. Wiem. Jak ktoś taki jak on mógłby zwrócić uwagę na kogoś takiego jak ja? To nie możliwe. Takie rzeczy zdarzają się jedynie w bajkach. Tam istnieją tylko piękne, dobre księżniczki, które czekają na swoich książąt. Pięknych książąt. Nieziemskich i idealnych. W prawdziwym życiu tak nie ma. Piękni chłopcy to źli czarnoksiężnicy, przybierający złudną postać. Za przystojnymi twarzami kryją się potwory bez serca. A ci, których natura nie obdarzyła urodą? Cóż, na początku są mili, ale z czasem stają się tacy sami jak ich piękniejsi koledzy. Wyjątek wśród przystojnych stanowią mój tata i Nat. Ale to ewenementy na skalę światową… Z racji tego, że Vanessa pewnie ucięła sobie pogawędkę z Natanielem postanawiam przejść się po szkole. Dawno mnie tu nie było. Przez całe wakacje, które spędziłam u cioci w Kaliforni. Co dwa lata rodzice wysyłają tam mnie i Van. Spaceruję po szkole, zastanawiając się jak wiele się tu zmieniło. Na nowo pomalowanych ścianach wiszą obrazy...piękne obrazy. Mój wzrok skupia się na jednym z nich. Przedstawia on pięknego, wysokiego mężczyznę. Jego skrzydła są nieziemskie, ciało muskularne, twarz piękna i delikatna a zarazem bardzo męska. Podchodzę bliżej by przyjrzeć mu się jeszcze dokładniej. Nagle słyszę jakieś kroki. Przestraszona odwracam gwałtownie głowę. Nic się nie dzieje. To pewnie tylko moja wyobraźnia. Jak zwykle sobie coś uroiłam.Kończę oglądanie obrazów i kieruję się do wyjścia. Widzę Van. Płacze. Podbiegam więc do niej i obejmuję jak tylko mogę najmocniej. Nie musi nic mówić, ja wiem co może być powodem jej rozpaczy. Zapewne dowiedziała się, że Nataniel spotyka się z Melanią. Ach, ta miłość. Kręcę z dezaprobatą głową.Tata odwozi nas do domu i wraca do pracy. Jestem wykończona, postanawiam położyć się wcześniej spać. Po kilku minutach słyszę skrzypienie drzwi. - Ade...Mogę spać z tobą? – pyta mnie cichutko Van - Oczywiście skarbie. – robię jej miejsce obok siebie.Jej miarowy, spokojny oddech roznosi się po pokoju. Zasnęła. I ja odpływam więc do Krainy Morfeusza. Śnię sen, dziwny sen. Płomienie. Pożar...a wśród nich. Ja. I mężczyzna z czarnymi skrzydłami. Wiem, że ON chce mi zrobić krzywdę, podchodzi bliżej mnie. Budzę się z krzykiem ; - Nieee...