sobota, 28 lutego 2015

Sunchild[2]

Konbanwa! n.n
Zapraszam do czytania drugiego rozdziału.

Wszystkich, którzy czekali aż coś się tu pojawi serdecznie przepraszam za opóźnienie.
Nie sprawdzałam błędów, ale jeśli coś zauważyłyście, napiszcie o tym 
Pozdrawiam i życzę miłego czytania.
Torimou ^-^



http://i.imgur.com/dBYrOxg.png

''Szmaragdy''



   - http://i.imgur.com/bFviF4l.pngde? Ade, co się dzieje? – czuję przez sen jak drobne, szczupłe dłonie Van zaciskają się na moich ramionach i potrząsają mną. Krzyczę, próbując się wyrwać nieistniejącej złej mocy. Wydaje mi się, że cała płonę. Krztuszę się własną krwią, próbując złapać oddech. Dookoła ogień...
   - Obudź się Ade, to tylko zły sen! Obudź się!
Wrzask Van sprawia, że siadam gwałtownie na łóżku otwierając szeroko oczy. Nie ma już ognia, nie ma ciemności. Jestem w swoim pokoju, a obok mnie na łóżku siedzi Van, z malującymi się na twarzy troską i niepokojem. Nie mogę wykrztusić z siebie słowa. Wyciąga ramiona i obejmuje mnie mocno, chcąc uspokoić. Wtulam się w nią, a oczy zachodzą mi łzami.
   - Płonęłam. Wszędzie był ogień. Nie mogłam oddychać. 
   - Już dobrze. Jestem przy Tobie siostrzyczko. Nie myśl o tym, to był tylko zły sen. 
Uspakajam się powoli, rytm mojego serca się wyrównuje, a oddech staje się miarowy.  

*

   Po szybkim prysznicu następuje równie szybkie śniadanie. Pakuję się w pośpiechu, mając nadzieję, że tym razem niczego nie zapomniałam. 
   Od kilku tygodni nawiedzają mnie nieustanne koszmary. Ciemność. Ogień. Zieleń. Szmaragd. Czarne skrzydła. Przeważnie budzę się z krzykiem, oblana zimnym potem, a Vanessa musi mnie pocieszać. Zabawne jest to, jak odwróciły się nasze role, do tej pory to ja byłam tą, która zawsze jest przy siostrze. To ja byłam jej oparciem w trudnych chwilach.
Mimo wszystko jestem jej wdzięczna. Taka siostra to prawdziwy skarb.
Gdy już wszystko jest spakowane, biegnę na przystanek, martwiąc się, czy zdążę na czas. Wyluzuj– myślę – Zdążysz. Mimo wszystko nie potrafię pozbyć się dziwnego rozdrażnienia. Nie rozumiem siebie ani tego co się obecnie ze mną dzieje. Od kiedy stałam się tak drażliwa? Dotychczas byłam zdystansowana do wszystkich i do wszystkiego, mając głęboko w poważaniu cały świat.
   Całe szczęście docieram na przystanek w odpowiednim czasie. Tym razem nie spóźnię się do szkoły. Wzdycham, ni to z ulgą ni to z zawodu. Gdy po jakimś czasie przyjeżdża autobus, wsiadam do niego machinalnie i zajmuję jedno z miejsc. Droga jest stosunkowo krótka, dwadzieścia minut jazdy, z czego co najmniej dwie na kocich łbach, ale nie narzekam. Jestem tak zaabsorbowana swoimi myślami, że ledwie to zauważam.
   Autobus staje przy samej szkole, wysiadam z niego i czym prędzej biegnę do wejścia. Otwieram drzwi wejściowe i puszczam się pędem szkolnym hallem, choć do lekcji zostało dobre piętnaście minut. Wchodzę po schodach szybkim krokiem. Chcę jak najszybciej znaleźć się na miejscu. 
W pewnej chwili uderzam o coś z głuchym łoskotem i chwieję się. Spadłabym ze schodów, gdyby nie poręcz, której kurczowo się łapię. Uświadamiam sobie, że wpadłam na kogoś. Na jakiegoś nieznanego mi chłopaka. Nie widzę jego twarzy, głowę mam opuszczoną. Jedyne na co mogę się zdobyć to krótkie, gniewne :
   - Patrz, jak chodzisz!
Nie odpowiada. Nie rozumiem, czemu wciąż stoi w miejscu, czemu nie pójdzie dalej, tylko stoi przede mną, jakby na coś czekał.
Potrząsam ograniczającą widzenie grzywką, i podnoszę głowę, spoglądając w górę, w stronę nieznajomego. I nagle coś się dzieje. Wszystko znika. Ale nie tak w przenośni. Nic nie wiruje, nic nie wybucha, tylko po prostu znika. Nie słyszę już rozbiegających się po korytarzu szkolnym krzyków, nie widzę biegających dookoła dzieci. Otacza mnie intensywny blask. Nie umiem tego wyjaśnić, ale jest tak jak czasem pokazują na filmach, gdy człowiek umiera. Wszechobecna jasność. Czuję na sobie spojrzenie i kieruję wzrok przed siebie. Dopiero wtedy światło eksploduje, nie oślepiając mnie jednak. Łapię oddech i wstrzymuję go na chwilę. W tym momencie nasze oczy się spotykają…

*

   Są piękne. Duże i okrągłe o szmaragdowo – zielonym kolorze. Patrzą na mnie głęboko i intensywnie, jakby chciały przeniknąć przez moją duszę. Jego oczy. Tego chłopaka z którym przed sekundą się zderzyłam. Oczy dziwnie znajome.
Hej, opanuj się! – krzyczą moje myśli
Spuszczam wzrok na ziemię, a wtedy wszystko znika. Cała jasność wygasa. Rozglądam się dookoła. Znów stoję na schodach szkolnego korytarza, wypełnionego piskiem dzieci i krzykami starszych uczniów. Wszystko wraca do normy. Kiedy ponownie spoglądam przed siebie, już go nie ma. Zniknął…
   - Dziwne – mruczę pod nosem myśląc, że to wszystko było tylko moim urojeniem. 
Zła na samą siebie ruszam schodami i kieruję się do swojej klasy. Szybko zajmuję swoje miejsce w ostatniej ławce, w rzędzie pod oknem. Nikogo jeszcze nie ma, mam więc chwilę samotności i wyjmuję z torby książkę. 
‘’Władca Pierścieni’’ – głosi zdobiący grubą okładkę tytuł.
Wzdycham i zaczynam przerzucać nerwowo kartki. Znajduję swój ulubiony fragment i zaczynam czytać. Nawet nie zauważam, że po chwili dzwoni dzwonek.
   - Adediot! – ktoś wydziera mi się do ucha tak głośno, że gwałtownie podskakuję na krześle, a książka wypada mi z ręki na podłogę.
   - Niezdara! – moich uszu dobiega szczebiot Amber, jak zwykle otoczonej wianuszkiem wielbicieli. Jak wcale nie trudno się domyślić dezaprobata w jej głosie skierowana jest do mnie. Nie mam ochoty się z nią kłócić, więc odwracam głowę w stronę okna i czekam, aż zacznie się lekcja.
   Po chwili słyszę, jak do klasy wchodzi reszta uczniów, a za nimi nauczyciel. Czekam, aż drzwi do klasy zamkną się z łoskotem, jak zwykle się dzieje, gdy do sali wchodzi pan Baumann, jednak nic takiego nie następuje. Słyszę kroki i uzmysławiam sobie, że do klasy wchodzi ktoś jeszcze. Cichną wszelkie rozmowy w klasie, wszyscy kierują wzrok w stronę stojącej w drzwiach osoby.
   - To jest Nevan Harris, będzie waszym nowym kolegą w klasie. 
Głucha cisza.
   - Usiądź obok Adienny, w ostatniej ławce pod ścianą. – słowa pana Baumanna są dla mnie jak wyrok. Nie dość, że od samego rana klasowa idiotka obrała sobie mnie jako kolejny obiekt kpin, to jeszcze do tego będę musiała dzielić ławkę z nowym uczniem. Po prostu pięknie! Czemu świat nie chce zostawić mnie w spokoju?! 
   - Proszę pana, to miejsce należy do…
   - Nevana Harrisa, od dzisiaj będziesz siedziała z nim w ławce… - ubiega mnie, nim zdążam zaprotestować.
   Nie mogę zrobić nic więcej, jak zasunąć suwak bluzy aż pod samą szyję, i potrząsnąć brązowymi włosami tak, że zasłaniają mi całą twarz, a grzywka przykrywa moje oczy, przez co praktycznie nic nie widzę. Słyszę kroki, i dźwięk przesuwanego krzesła. Wiem, że już na nim usiadł. Obok mnie. Dzieli nas zaledwie kilka centymetrów…
Głosy w klasie odżywają na nowo, słyszę w nich zdziwienie pomieszane ze złośliwym chichotem Amber, który wyjątkowo się wyróżnia na tle innych. Oczywiście w negatywnym znaczeniu. Prawda jest taka, że nikt w klasie jej nie lubi. Nikt, za wyjątkiem otaczających ją jak wianuszek dziewcząt i grupki napalonych chłopców . Łatwo zgadnąć, czemu tak za nią latają. Zawsze była puszczalska…
   - Otwórzcie książki na stronie 173…
   Zamykam się we własnym świecie. Tak, jak przed chwilą pragnęłam, by lekcja się zaczęła, tak teraz równie gorąco modlę się o jej koniec. Nie chcę głowić się nad tymi cholernymi wielomianami. Chcę do domu, do mamy i taty. Wiem, że to głupie, ale tylko tam czuję się dobrze. Wszędzie jest mi źle i nigdzie nie mogę się odnaleźć. Moje przyjaciółki przeniosły się do innej klasy, a ja głupia zostałam. Sama nie wiem po co. Czekam tylko na dzwonek. 
Gdy w końcu dzwoni czuję niewyobrażalną, rozchodzącą się po moim ciele ulgę. Podnoszę się szybko z krzesła i pakuję książki do torby. Wszyscy już opuścili klasę, więc i ja mogę wyjść. Zawsze z tym zwlekam, by znów nie paść ofiarą Amber i jej długich nóg, podstawionych pod moje. Idę do szkolnej stołówki, by spokojnie zjeść obiad, i porozmawiać z przyjaciółkami.
   - Dziesięć minut. Czekałyśmy na ciebie dziesięć minut! – moja młodsza siostra, Vanessa naskakuje na mnie od razu, gdy pojawiam się przy stoliku.
   - Spokojnie Van. Przecież wiesz, dlaczego…
   - Cholera, Ade!!! Czy ty musisz się tak przejmować tym, co robi ta idiotka? Rozumiem, że nie chcesz zaliczyć gleby przy całej klasie, nie mniej jednak nie możesz od nas wymagać, że będziemy na ciebie czekać z jedzeniem – mówi Kim, przygryzając kpiąco wargę.
   - A czy ja od was tego wymagam? – wzruszyłam ramionami.
   - Dałaś nam to do zrozumienia.
   - Nie, tylko ty jak zwykle sobie coś ubzdu…
   - Dziewczęta spokój! – krzyczy Iris, chcąc nas uspokoić. – Love and peace. – wyciąga przed siebie ręce.
   - Czy wy choć raz możecie się nie kłócić przy jedzeniu? – dodaje z przekąsem Kim.
   -Nie!!! – odpowiadamy zgodnym chórkiem. Wszystkie pięć wybuchamy głośnym śmiechem i cała napięta atmosfera znika równie szybko jak się pojawiła. Jemy swoje porcje spoglądając na siebie, raz po raz krztusząc się smakowitym spaghetti. 
   - O kuźwa, jaki słodziak! – mówi nagle Kim, podnosząc widelca. Makaron zsuwa się z niego, i spada na jej nowiutkie lewisy. 
   - Wyrażaj się – karci ją Rozalia, nasza delikatność.
   - Gdybyś widziała to, co ja…
   - A cóż ty takiego zobaczyłaś? – dziwię się
   - Tam – wskazuje palcem wchodzącego na stołówkę wysokiego chłopaka. Jakiś nagły impuls sprawia, że gwałtownie odwracam głowę. Nie chcę na niego patrzeć. Nie chcę wiedzieć, ani kto to, ani jak wygląda. 
   - Boże, facet jak facet – krzywię się – To żaden powód by upuścić na nowe spodnie makaron z sosem.
   - Ech, upierze się – głośny, perlisty śmiech Kim rozchodzi się po szkolnej jadalni, przykuwając uwagę chłopaków i bardzo zazdrosnych dziewczyn – Poza tym, gdybyś tylko na niego spojrzała, przyznałabyś mi rację, że jest nieziemski.
   - Hmm…ona ma rację Ade – Rozalia potrząsa swoją platynową grzywą. – Gdyby nie Leo, sama bym się nim zainteresowała.
   - Przestańcie. Mówicie tak, żeby mnie pocieszyć. Ogłaszam wszem i wobec, że świetnie sobie radzę. Nie wiem, czemu się tak uparłyście, żeby koniecznie znaleźć mi faceta.
   - Ade, posłuchaj…
   - Nie, Van. To ty posłuchaj. Wszystkie posłuchajcie. Nie chcę żadnego użalania się nade mną,  i żadnych idiotycznych tekstów w stylu ‘’Ten koleś jest boski’’. Już się zakochałam, a że bez wzajemności…to inna rzecz. Nie oznacza to jednak, że potrzebuję innego faceta. Może wcale go nie potrzebuję. Dlatego po raz ostatni proszę, byście więcej nie poruszały tego tematu. Przynajmniej w mojej obecności. Zrozumiano?
   - Ale… - Kim chce coś powiedzieć, lecz nie dopuszczam jej do głosu.
   - Pytałam, czy zrozumiano???
   - Tak – zrezygnowane kiwają głowami, wracają do swoich talerzy i kończą jedzenie. Spoglądam na swoje rozgrzebane spaghetti i zbiera mi się na wymioty. Nie mam ochoty na moje ulubione danie. Nie mam ochoty na nic. Najchętniej rozpłynęłabym się w powietrzu. Gdybym tylko znała jakieś magiczne zaklęcie. Ale magia przecież nie istnieje…

*

   Nim rozpoczyna się kolejna, ostatnia lekcja robię serię głębokich wdechów i wydechów. Nie dam się sprowokować Amber! Postanawiam, że całą lekcję będę spokojna. Wchodzę do klasy, ignorując złośliwe podszepty dziewczyny. Zajmuję swoje miejsce w ostatniej ławce i skupiam się na lekcji. Staram się nie zwracać uwagi na tę blondynę. Staram się nie myśleć o tym, że ledwie kilka centymetrów ode mnie siedzi chłopak. Ten, którego obecność wywołuje gęsią skórkę i drżenie serca. Choć słowa pana Sandersa specjalnie do mnie nie docierają, mimo to wolę udawać, że słucham. Cokolwiek, by Nevan nie domyślał się jak na mnie działa. Cokolwiek, by Amber nie myślała, że obchodzą mnie bzdury, które wygłasza na mój temat. Bo nie obchodzą. Może mówić, że jestem brzydka, niezdarna i przygłupia. Ja wiem, jaka jestem i żadna wystrojona modnisia tego nie zmieni. Never! Denerwujące jest jedynie to, że uważa się za najpiękniejszą na świecie i ogólnie lepszą od innych. Nie jest w niczym lepsza. A co do urody...bądźmy szczerzy jest raczej przeciętna. Jednak operacje plastyczne potrafią zdziałać cuda. A ona ma ich na koncie całkiem sporo, sądząc po rozmiarach jej biustu. Ale jak się ma nadzianego tatusia to operacje są na porządku dziennym. Gdyby jeszcze miała tyle rozumu co kasy. Dobrze, że Nataniel jest normalny, aż dziw, że są ze sobą spokrewnieni...Dość! Dosyć myślenia o tej lalce...Nie jest lepsza od ciebie, nawet nie waż się do niej porównywać!
   Jeszcze chwila...jeszcze kilka minut. W końcu! Dzwoni upragniony dzwonek. Wstaję i pakuję swoje rzeczy do plecaka. Kieruję się do wyjścia, gdy nagle słyszę za plecami głos :
   - Czegoś zapomniałaś…
Odwracam się, i serce mało nie wyskakuje mi z piersi. To, co widzę sprawia, że na moment brakuje mi oddechu.
Jest wysoki. Bardzo wysoki, na oko metr dziewięćdziesiąt. Granatowa koszula w białą kratkę opina jego barki i smukłe, choć umięśnione ramiona. Idealnie przylega do silnego torsu, uwydatniając wszelkie jego walory. I jego twarz. Delikatna i uduchowiona, jakby należała do anioła. Jest …przystojny? Nie, to słowo jest zbyt banalne, zwyczajnie nie wystarczy, by określić jego urodę. Jest piękny, przeraźliwie piękny. Długie, okalające jego twarz włosy są gęste i czarne. Idealny łuk ciemnych, męskich brwi. I te oczy…szmaragdowe…Czuję się tak, jakby do moich oczu dostało się intensywne, oślepiające światło, choć w zasadzie nic takiego się nie stało.
Chłopak stoi spokojnie, trzymając w ręku mojego ‘’Władcę Pierścieni’’. Podchodzę szybkim krokiem, lekko się chwiejąc.
   - Proszę – mówi podając mi książkę, a gdy nasze dłonie na ułamek sekundy się spotykają, moje ciało przeszywa prąd. Drżę i spoglądam na niego. Uśmiecha się. Nie jest to kpiący uśmiech, taki jak u Amber, lecz najmilszy, najbardziej uprzejmy uśmiech, jaki w życiu widziałam.
   - Dzięki – odpowiadam, gdy moje ściśnięte gardło jako tako dochodzi do siebie.
   - Wszystko w porządku? – pyta spokojnie, widząc moje rozedrganie. Jest całkowicie opanowany, a jego twarz nie wyraża żadnych emocji, za wyjątkiem uprzejmości i czegoś jeszcze, czego jednak nie mogę rozszyfrować. Patrzy na mnie, jak wkładam książkę do plecaka, i później, gdy szybkim krokiem wychodzę z klasy. Przez ten cały czas nie spuszcza ze mnie wzroku, wręcz czuję go na sobie. 
Kim on jest...?

3 komentarze:

  1. Ugh! Mam tyle do powiedzenia, a tak bardzo nie wiem jak to wszystko napisać :/ No to może zacznijmy od tego, że troche się utożsamiłam z główną bohaterką. Zwłaszcza kiedy krzyczała na dziewczyny i wspomniała o nieodwzajemnionej miłości. Och! Chyba musze sobie kogoś znaleść ;---; Ale wróćmy do rozdziału. Jak tak czytam o tych wszystkich grzywach, długich włosach, a na dodatek czarnych, to wyobrażam sobie, że Nevan i Adienna są emo :P Oczywiście nie mam nic do emo, ale tak się to jakoś mnie uczepiło i nie chce odejść. Poza tym to wyżej wspomniana dwójka ma bardzo ciekawe imiona. Pewnie strasznie długo mi zajmie zapamiętywanie ich, ale co tam :B Podczas pisania zdążyło mi wiele rzeczy wylecieć z głowy i z długiego monologu wyszło TO! I tak jest już chyba wystarczająco długi aby nie chciało się go czytać :) Podsumowując! Rozdział bardzo mi się spodobał. Masz bardzo ciekawy styl pisania i bardzo (combo x3! ) fajny pomysł. Nie mogę się doczekać dalszych części i życze dużo weny. Pozdrawian ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem dość słaba w pisaniu komentarzy, więc wybacz jeśli będzie jaki będzie. Rozdział zalicza się do udanych. Fabuła mnie mocno zaciekawiła jak i bohaterka. Co prawda nie wiem jak jej imie powinnam czytać, ale to szczegół. Czekam na next ;) i życzę weny

    OdpowiedzUsuń
  3. Władca Pierścieni... jak ja uwielbiam tę książkę i film. Kocham kocham! Rozdział też mi się podoba.

    OdpowiedzUsuń