Z góry przepraszam, że tak długo nic się nie pojawiło. Ostatnio byłam troszkę zaabsorbowana życiem prywatnym i różnymi problemami, zadaniami i wyleciało mi z głowy. Mam nadzieję, że rozdział się spodoba. Jeśli są błędy, proszę je wskazać.
Miłego czytania! ^-^ Pozdrawiam,
Torimou
"Zasada 3 – nie zasypiaj na trawniku!"
Sen na trawniku był zadziwiająco przyjemny. Świeże powietrze działało na nią kojąco, zapraszając do krainy Morfeusza. Mogłaby tak leżeć godzinami, rozkoszując się miękkością trawy i panującą dookoła ciszą. Z pewnością spałaby do samego rana, gdyby nie pobudka, którą ktoś jej niespodziewanie zaserwował.
W jednym momencie spała smacznie na wygodnej trawie, by w następnej chwili poczuć pulsujący ból w plecach i zimno, ogarniające całe jej ciało. Pisnęła, zaskoczona otwierając oczy i odkrywając z przerażeniem, że nie leży już na trawie. Rozejrzała się nieprzytomnym wzrokiem po nieznanym miejscu.
- Już się obudziłaś? – spojrzała w górę, skąd dochodził głos i zetknęła się oko w oko z jego właścicielem.
Sasha...
Chłopak podszedł i schylił się nad nią. Jego twarz była wykrzywiona dziwnym grymasem, którego nie potrafiła zidentyfikować.
- Co...co ty tutaj robisz? – wyjąkała, speszona bliskością szatyna. Ich twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów odległości. Mogła przysiąc, że czuje jego oddech. Nagle zamarła, zdając sobie z czegoś sprawę. Leżała w wodzie. Lodowato zimnej wodzie.
- Coś ty zrobił? – wycedziła przez zęby patrząc na uśmiechającego się promiennie chłopaka.
- A nie widać? Wrzuciłem cię do stawu. Ciesz się, że jest płytki, inaczej mogłabyś się utopić.
- Ty mały... – poderwała się na nogi i upadła, czując bolesny skurcz mięśni.
- Auć.
Sasha westchnął i nie zważając na protesty jasnowłosej, podniósł ją i zamknął w objęciach.
- Głupia Kimbrylby – szepnął, owijając dziewczynę swoją szeroką bluzą.
- O co ci chodzi? To ty wrzuciłeś mnie do lodowatej wody! – zaczęła się szarpać, mając nadzieję, że w ten sposób uda jej się wyrwać z jego ramion. Nie chciała by ją dotykał. Nie chciała by ją niósł. Chłopak okazał się jednak silniejszy niż na to wyglądał. Przycisnął ją do siebie jeszcze mocniej i wstał, kierując się w stronę domu.
- Bo nie chciałaś się obudzić – powiedział – Gdybyś nie zasnęła na trawie, nie musiałbym tego robić.
- Nie zasnęłabym na trawie, gdyby nie chciało mi się spać!
- To trzeba było zostać w domu, od tego masz łóżko!
- Zostałabym, gdybyś zachowywał się jak człowiek.
- To nie ja zepsułem ten zamek od łazienki. Z resztą już raz widziałem cię w samej bieliźn... – drobna ręka dotknęła ust szatyna, nim ten skończył wypowiedź.
- Przestań. Nie mów już nic więcej... – szepnęła.
- Dlaczego? – brwi chłopaka powędrowały do góry.
- Bo to zawstydzające...
- Teraz o tym myślisz? Dobre sobie – prychnął, czując jak wściekłość spala mu żyły, po raz pierwszy od bardzo dawna. Tak naprawdę, nie wiedział co dokładnie jest powodem jego rozdrażnienia. Czy to, że w środku nocy wybiegła z domu i to z mokrymi włosami czy to, że jakby nigdy nic spała sobie smacznie na trawniku. A może jedno i drugie.
- Nie prosiłam, byś mnie szukał – bąknęła w końcu, zwijając się w kłębek między torsem a ramionami chłopaka. Odruchowo się w nie wtuliła, szukając schronienia. Jej ubrania były mokre i lepiły się do skóry. Potrzebowała czegoś, co by ją ogrzało.
Był zaskakująco ciepły. Jego skóra była gładka i przyjemna w dotyku. Zdecydowała więc, że może pozwolić sobie na odrobinę relaksu. Wyciągnęła się wygodnie w ramionach Sashy i westchnęła, opierając policzek na jego piersi.
Po niedługim czasie znaleźli się w domu. Słońce wzeszło już prawie całkowicie, zdobiąc niebo różowo-pomarańczowymi refleksami.
Puścił ją dopiero, gdy byli już na miejscu. A przynajmniej próbował, dopóki jedno szybkie spojrzenie rzucone w kierunku Kimberley nie wychwyciło zamkniętych powiek i unoszącej się miarowo klatki piersiowej dziewczyny.
Wiedział, że zasnęła, postanowił więc powstrzymać cisnące mu się na usta komentarze. Jeszcze będzie czas na zmycie jej głowy.
Schody prowadzące na górę były dość stare i skrzypiały lekko przy każdym kroku, starał się jednak nie zrobić większego hałasu niż jest to konieczne. Powoli i spokojnie kierował się na piętro, a później do pokoju Kim. Wszedł do środka pomieszczenia, urządzonego w delikatnym, romantycznym stylu, przełamanego odrobiną country. Pod lewą ścianą stało szerokie, mahoniowe łóżko z masywną, zdobioną ornamentami ramą. Po lewej stronie łóżka postawiono białą szafeczkę nocną i lampkę, po drugiej zaś komódkę i lustro na mosiężnym stojaku. Naprzeciwko drzwi znajdowały się duże, wychodzące na balkon drzwi i podwójne okno. Po prawej stronie od wejścia , pod samą ścianą ustawiono kolejno sofę i pod kątem prostym do niej biurko, parawan a za parawanem masywną szafę, z ciemnego drewna i toaletkę w stylu shabby chic. W pokoju dziewczyny dominowały jasne barwy, delikatne pastelowe błękity i róże, gdzieniegdzie biel, beż i waniliowy. Całość przełamana została ciemnym, mahoniowym kolorem części umeblowania.
Wszystko dopięte na ostatni guzik, jak i cała Kimbrylby – pomyślał chłopak, wchodząc do środka. Delikatnie ułożył dziewczynę na łóżku i już miał wychodzić, gdy poczuł chłód na swojej koszulce. Spojrzał na Kim, a później na swoje ubranie, które było niemal całkowicie mokre.
Przez całą drogę do domu był tak wściekły, że nie poczuł, jak woda z ubrań jasnowłosej wsiąka i w jego ubranie. Teraz oboje byli mokrzy. Co gorsza, Kimberley zaczęła się trząść z zimna i szczękać zębami. I co on miał teraz zrobić?
*
Obudziło ją przeciągłe, głośne dudnienie, rezonujące w głębi jej głowy. Dźwięk dochodził z bardzo bliska, wyciągnęła więc dłoń, z nadzieją, że uda jej się wyczuć źródło niechcianego hałasu. Poczuła pod palcami coś zimnego i twardego, wibrującego wściekle. Otworzyła oczy.
- Ach, to mój telefon. Budzik się włączył – szepnęła sama do siebie, ziewając i nacisnęła klawisz, odpowiadający za wyłączenie alarmu.
Odrzuciła kołdrę i zamarła.
Od pasa w dół była całkowicie goła. Jedyną częścią garderoby, okrywającą jej ciało były jasno-różowe, ozdobione koronką figi. Nie pamiętała, by się rozbierała, więc to musiał być...
Zabiję go - pomyślała – jak on w ogóle śmiał?!
Poderwała się do góry i chwyciła leżące na krześle skórzane spodnie. Zakładała je w pośpiechu, czując przeszywający ją dreszcz podniecenia. Tym razem mu pokaże. Dobrze mu pokaże, by zapamiętał.
Gdy już się ubrała, wybiegła z pokoju i zbiegła po krętych, drewnianych schodach na parter. Wpadła do salonu niczym bomba, szukając szatyna pełnym wściekłości wzrokiem. O dziwo, nie było go tam. Zwykle o tej porze oglądali z Willem idiotyczne irlandzkie sitcomy, a tym razem salon był pusty. Zerknęła na wiszący nad kominkiem zegarek, wybijający właśnie godzinę ósmą. Lada chwila powinni wrócić ich rodzice, gdzie więc podziewał się ten chłoptaś? Przeszukała niemal cały parter i już miała sprawdzić piętro, gdy usłyszała dziwne dźwięki dochodzące z jedynego miejsca, które pominęła. No tak, kuchnia! Czemu wcześniej na to nie wpadłam?
Obróciła się więc w prawo i skierowała do dużej kuchni. Widok, który tam zastała, wprawił ją w nie lada osłupienie.
Cały stół a także część podłogi były uwalane w mące, cukrze i dziwnej, brązowej substancji, której nie była w stanie zidentyfikować. Gdzieniegdzie walały się skorupki od jajek, a w samym środku tego pobojowiska stał Sasha. W różowym fartuszku z bufkami. Przygryzł wargę, pochylając się nad blatem kuchennym na którym, na blaszce do pieczenia leżały jakieś rzeczy o dziwnym kształcie. Podeszła bliżej i zobaczyła, że są to niewielkiej wielkości serduszka z ciasta, które chłopak pieczołowicie dekorował dziwną polewą, która utworzyła na ich powierzchni napis, którego nie była w stanie przeczytać z tej odległości. Pracował, całkowicie nieświadomy tego, że ktoś go obserwuje.
Co on wyprawia? Znowu zrobił bajzel i to taki, że ogarnięcie tego zajmie godziny...
Gdy już skończył, wstawił blaszkę do rozgrzanego wcześniej piekarnika i nastawił minutnik.
- Powinno wyjść – uśmiechnął się do siebie i już miał zamiar odwiązać fartuszek, gdy poczuł na sobie czyjeś spojrzenie. Podniósł wzrok i zamarł.
- O, Kimbrylby – potarł włosy ręką umazaną w cieście. Spostrzegł to i wydał nerwowy chichot, zastanawiając się czy to jest ten moment w którym powinien zacząć się jej bać. Dziewczyna wprost zabijała go wzrokiem – widzę, że już wstałaś. Wyspałaś się chociaż?
- Nie udawaj, że nie wiesz o co chodzi – warknęła.
- Poduszka była zbyt twarda?
- Sasha!
Jego wzrok zatrzymał się na Kimberly. Miała na sobie wytarte skórzane spodnie i zmiętą bluzę, a włosy...jej włosy były w kompletnym nieładzie. Gdyby tylko miała przed sobą lustro...
Nie mógł powstrzymać się od śmiechu, gdy wizja wściekłej Kimbrylby, patrzącej na swe odbicie ze złością i przerażeniem w oczach zamajaczyła gdzieś w zakamarkach jego umysłu. Była to bardzo kusząca wizja. Szybko się jednak opanował widząc puste spojrzenie dziewczyny, które posłała w jego stronę. Tak jakby była zmęczona...
- Mam cię dość - wybuchła w końcu, po kilku minutach głuchej ciszy - ciągle robisz coś nie tak. A dzisiaj...dzisiaj przeszedłeś samego siebie.
- Zaraz, Kimbrylby...
- Nie nazywaj mnie tak! - wrzasnęła i niewiele myśląc chwyciła zgrzewkę stojących na stole jajek - Mam cię dość!
Rzuciła w niego jajkiem. Nie trafiła, mimo to wyjęła kolejne. Tym razem ledwo udało mu się uskoczyć. Mimo to wciąż nie była usatysfakcjonowana i próbowała dalej. Nie potrafiła tego powstrzymać. I nawet nie chciała. Jedyną rzeczą, jaką czuła była dzika wściekłość.
- Czemu tak bardzo ci zależy na wyprowadzeniu mnie z równowagi?! Czemu ciągle się droczysz? Jesteś dosłownie wszędzie! - jajka już się skończyły, chwyciła więc koszyk z warzywami.
- Kimbryl...
- Zamknij się! - niewielki pomidor trafił szatyna w czoło.
- Porozmawiajmy...
- Ale o czym tu rozmawiać? - o tym, że masz manię na punkcie rozbierania, zboczeńcu?! O tym, że lubisz podglądać ludzi, gdy się kąpią?!
- Ja nie...to był przypadek, przecież wiesz.
- Jasne, jak pierwszy dzień gdy tu trafiłam, leżałam w łóżku, w samej bieliźnie a ty co? Perfidnie wykorzystałeś to, że mam łaskotki, żeby zobaczyć moją bieliznę!
- Teraz już przesadzasz. Chciałem cię po prostu obudzić na śniadanie.
- Dzisiaj też chciałeś mnie obudzić. W tym celu wrzuciłeś mnie do lodowatej wody. A potem rozebrałeś zboczeńcu!
- Twoje ubrania były mokre. Nie mogłem pozwolić byś się przeziębiła - Sasha złapał ogórek, nim ten trafił go w oko.
- Patrzcie państwo. Ot, znalazł się miłosierny samarytanin!
- Nie byłoby całej tej sytuacji, gdybyś...
- Gdybym co? - burknęła.
- Gdybyś nie zachowała się jak idiotka ! - krzyknął w końcu, nie mogąc znieść emocji, które w nim wywoływała - Wyszłaś sama w środku nocy, w dodatku z mokrą głową! Nawet latarki ze sobą nie wzięłaś. Ponadto nie znasz okolicy, a co gdybyś się zgubiła?! Co gdybyś zaszła tak daleko, że nawet ja bym cię nie znalazł?! A gdyby ktoś cię napadł? Gdyby spadł deszcz? Mogłabyś dostać zapalenia płuc. Pomyślałaś choć przez chwilę o tym, jakby się poczuła twoja matka, gdyby stało ci się coś złego?! – urwał i wypuścił powietrze, po czym odetchnął i zniżył głos do szeptu – Pomyślałaś, co ja...
- Sasha, ty...co...
- Nie, nic – odwrócił wzrok i zaśmiał się nerwowo – Jane urwałaby mi głowę. A teraz, jeśli pozwolisz...chciał bym w spokoju posprzątać.
Patrzyła w osłupieniu jak zbiera rozbryzgane kawałki warzyw, i wrzuca je do kosza. To samo stało się z jajkami i pustymi skorupkami.
Tyle zmarnowanego jedzenia...i dlaczego? Bo nie potrafiła się opanować. Bo Sasha tak na nią działał. Dlaczego? Ponieważ...
Pokręciła głową, chcąc jakoś zatrzymać natłok myśli, których wcale tam nie zapraszała. Jedyne co mogła w tej chwili zrobić to pomóc sprzątać bałagan, do którego powstania również się przyczyniła.
- Nie musisz tego robić - szepnął chłopak - poradzę sobie z tym...
- Muszę. To również moja wina - westchnęła, zmiatając z podłogi cukier i mąkę - poza tym szybciej razem skończymy.
Na te słowa uśmiech wrócił na twarz szatyna. Skinął głową i radośnie zabrał się do pracy.
Faktycznie udało im się skończyć o wiele szybciej niż przypuszczali. Po niedługim czasie zadzwonił włączony przez Sashę minutnik. Chłopak założył grube, kuchenne rękawice i wyłączył piekarnik, następnie otworzył go i wyciągnął blaszkę. Teraz mogła się przyjrzeć z bliska. Na wszystkich 9 ciasteczkach, bez wyjątku widniało starannie wykaligrafowane za pomocą ciemnej polewy imię.
Kimbrylby...
***
Hejo :D Kurczę, długo mnie tu nie było :/ No cóż. Od kilku dni pracuje na najwyższych obrotach, więc nawet nie mam czasu zajrzeć do internetu. Ale fajnie tak tuż przed snem poczytać takie fajne opowiadanie :) Dzisiaj postaram się pisać krótko, zwięźle i na temat, ale nie obiecuje ;) Chciałabym napisać jakiś kreatywny komentarz, lecz mój "musk" nie myśli już poprawnie :( Więc dzisiaj napisze tylko, że rozdział świetny, przez cały czas się uśmiechałam i nie mogę się doczekać następnego. Chyba nabrałam ochote na ciastka :) Następnym razem obiecuje napisać długi i wyczerpujący komentarz, ale na ten moment mówie (a może raczej pisze?) do widzenia i życze duuuuuużo weny :D
OdpowiedzUsuńPozdrawiam!
Dziękuję bardzo za komentarz :) Cieszę się, że rozdział przypadł Ci do gustu i biorę się za pisanie następnego ^-^
UsuńWiem jak to jest być tak zabieganą, że na nic nie ma czasu, więc nie przejmuj się, ważne, że znalazłaś tę chwilkę by cokolwiek napisać, doceniam to .
Trzymaj się cieplutko :)