Konbanwa! ^-^
Na wstępie przepraszam, że tak długo nic nie pisałam, ale było to spowodowane brakiem czasu(sesja i te sprawy). Całe szczęście, załatwiłam wszystko co mi potrzebne do szczęścia, więc od teraz mogę poświęcić na pisanie więcej czasu ^-^Życzę miłego czytania drugiego rozdziału opowieści o przygodach naszej ''Księżniczki''. Mam nadzieję, że rozdział się wam spodoba. Miłego wieczoru!
Torimou
"Zasada 2 – nim rozpoczniesz kąpiel, sprawdź, czy zamek do łazienki działa jak należy!"
Minęło kilka tygodni, odkąd zaczęło się dla niej zupełnie inne niż dotychczas życie. Zadziwiające, jak wolno płynął czas w tym nowym, nieznanym miejscu. Każdy tydzień trwał tak długo, że mogłaby przysiąc, iż nie były to tygodnie a całe wieki. Z drugiej strony miało to swoje plusy. Im więcej czasu upływało, tym większy komfort czuła. Tak naprawdę, to nie wiedziała nawet w którym momencie przestała się tu czuć jak obca. Kimberley zdarzały się momenty, w których nie wiedziała jak zareagować. Czasem sięgało to nawet zażenowania, ale przy tej rodzinie nie mogło być inaczej. Musiała się pogodzić z tym, że zawstydzające sytuacje są dla tej rodziny chlebem powszednim. Nigdy w całym swoim życiu nie spotkała ludzi, którzy byliby podobni do nich. Do tej pory stykała się z ludźmi pochodzącymi z arystokratycznych domów, żyjących wedle ściśle ustalonych zasad. A Doyle’owie? Żyli pełnią życia, omijając szerokim łukiem sztywne reguły. Daleko im było do trzymających się etykiety angielskich dyplomatów. Dziecko zwracające się do rodzica po imieniu? Nie akceptowalne. Dla wnuczki ambasadora, wychowującej się w środowisku dworskich manier takie zachowanie zostałoby surowo ukarane.
Z początku Jane próbowała interweniować, mówiąc, że nie powinni zwracać się w ten sposób do swojego ojca, z czasem zauważyła jednak, że tłumaczenie nie odnosi oczekiwanych skutków i postanowiła to ignorować. W dodatku Adam zdawał sobie nic z tego nie robić. Bawiło go to, gdy chłopaki przekomarzali się z nim co najmniej tak jakby był ich kumplem. Z drugiej strony, nie można było mu zarzucić, że przez to nie widzą w nim ojca, wręcz przeciwnie. Ich więzi były wyjątkowo silne. Widać to było nawet w głupich żartach i psikusach, nawet w sprzeczkach podczas wspólnych posiłków. Ta miłość do życia, radość, która od nich biła stawała się zaraźliwa. Czy właśnie tak powinna wyglądać kochająca się rodzina? Czy prawdziwy dom to miejsce, w którym każdy podchodzi na luzie do wielu spraw, wiedząc, że to co liczy się najbardziej to nie równo wyprasowany kołnierzyk od koszuli i poprawnie zapięte guziki kamizelki, a fakt, że wszyscy są razem? Jak brzmi definicja prawdziwej rodziny i czy w ogóle można ją zdefiniować? Nie znała odpowiedzi na to pytanie, wiedziała natomiast jedno – nie zależnie od tego, czy mieszczą się w kanonach, czy nie – czuła się tu chciana. Każdy dzień w domu Doyle’ów był nową przygodą. Postanowiła więc, że poczeka z cierpliwością na to, co przygotował dla niej los.
*
- Kim, wszystko w porządku?
- Tak, bo co? – burknęła, zaplatając swoje długie, jeszcze wilgotne włosy w luźny warkocz.
Poczuła na sobie intensywne spojrzenie. Z pewnością minęło dobre pół minuty, nim z ust Luki padła odpowiedź.
- Nie żebym się czepiał, czy coś ale...kto normalny idzie biegać w samym środku nocy?
Nim zdążyła się ustosunkować do tego, co powiedział brunet, na korytarzu rozbrzmiał głośny, perlisty śmiech. O nie, tylko nie on... Na sam dźwięk tego głosu wnętrzności Kimberley kurczyły się z niepokoju.
- Kto mówił, że Kimbrylby jest normalna? – powiedział Sasha, idąc przez salon w kierunku Kim i szczerząc w uśmiechu równe zęby. Jego czarna koszula była rozpięta, a nogi bose. W ręku trzymał wzorzystą szklankę, wypełnioną czymś po brzegi.
- Nie, ty nie! Tylko nie ty! – wyciągnęła przed siebie ręce, w obronnym geście – Idź sobie!
- Boisz się mnie? – spytał chłopak, podchodząc jeszcze bliżej dziewczyny.
- Tak. Jesteś złem.
- Przyniosłem Ci sok pomarańczowy – uśmiechnął się, wyciągając przed siebie szklankę z sokiem.
- Ty...zawsze wiesz jak zrobić ze mnie tę wredną, co?
Odpowiedział jej cichy chichot.
- To nie moja wina, że Ryan zepsuł zamek do łazienki.
- Właśnie! Wiedziałeś, że jest zepsuty a mimo to wszedłeś do środka! – rzuciła się na niego z pięściami i byłaby trafiła go prosto w twarz, gdyby nie Luca. Chłopak złapał ją za ręce, nim zdążyła zrobić coś więcej.
- Opanuj się! Nic strasznego się nie stało.
- Puszczaj! – krzyknęła, miotając się na wszystkie możliwe strony – Muszę to zrobić. Muszę zedrzeć mu z ust ten głupi uśmieszek!
- Uspokój się w końcu, tylko pogorszysz sytuację. Uderzenie go nie sprawi, że poczujesz się lepiej po tym jak widział cię nago.
W tym momencie zapadła całkowita cisza. Kimberley znieruchomiała i przygryzła nerwowo wargę, czując gorąco na twarzy. Czy on musiał mówić to na głos?!
Wzdrygnęła się w proteście, gdy sytuacja sprzed kilku minut pojawiła się przed jej oczami jak fatamorgana. Nigdy nie zapomni momentu, w którym otworzyły się drzwi łazienki, gdy wychodziła spod prysznica. Grr, że też zawsze mi się to przytrafia! I dlaczego to nie mogła być mama albo Mandy...tylko Sasha! Czemu?!
- Nie martw się Kimbrylby, nikomu nie powiem, że jesteś płaska jak deska. Więc nie smuć się już i wypij soczek, dobrze? – uśmiechnął się szatyn i jakby nigdy nic podsunął jej pod usta szklankę.
- Tylko nie myśl, że to oznacza rozejm, jasne? – łypnęła na szatyna z pod oka, zaciskając pięści.
- Tak, wiem Kimbrylby. A teraz pij.
- Luca puść moje ręce, inaczej nie będę mogła uchwycić szklanki.
- Nie przejmuj się Kimbrylby, mam na to niezawodny sposób – powiedział Sasha, grzebiąc w rękawie swoich spodni. Mimowolnie skierowała spojrzenie w dół jego spodni, na kolana, aż zatrzymało się na jego stopach i...
- Jezu Chryste! Gdzie są twoje buty?! Znowu rzucałeś w ojca glanami?
- Yyy...no ja...yyy...znaczy...haha! – ktoś inny mógłby uznać za słodkie to zakłopotane spojrzenie jakie jej posłał. Ale nie ona. Wszystko, co robił działało na nią jak płachta na byka.
- No więc? Co się z nimi stało? Zjadłeś je czy co?
- Zgubiłem – powiedział, wzruszając ramionami.
- I to dlatego chodziłeś boso po błocie? Wspaniale, po prostu pięknie! Tylko wiesz, ktoś będzie musiał to później posprzątać. Od razu mówię, że nie będę to ja. Ostatnim razem do czyszczenia trzeba było użyć szpachli.
Odpowiedziała jej kolejna seria niewinnych minek pod tytułem ’’Co złego, to nie ja’’ oraz ’’Wyluzuj, bo dostaniesz raka’’. Westchnęła, kierując się do drzwi.
- Chyba jednak się przejdę.
- A jak spotkasz węża?
- Trudno, najwyżej mnie ukąsi! Nie dbam o to!
- Jest późno...
- To co z tego? Skoro tobie wolno gubić buty i wchodzić do domu z nogami utytłanymi w błocie, to ja mogę wychodzić gdzie mi się chce i kiedy mi się chce!
Wybiegła z domu, nie mogąc wytrzymać ani jednej sekundy dłużej w jednym pomieszczeniu z tym...czymś, co się zwie Sasha.
Skończę w domu bez klamek...
*
- Czy ty zawsze musisz doprowadzać ją do takich stanów? – Luca usiadł na fotelu, patrząc na Sashę, który z zapamiętaniem szorował podłogę.
- To nie moja wina. To jakoś zawsze samo wychodzi.
- Rety, ty to dopiero masz talent. Zawsze w odpowiednim miejscu i czasie – na wargach bruneta pojawił się cwany uśmieszek – Naprawdę nie wiedziałeś o tym zepsutym zamku?
Na te słowa Sasha gwałtownie podniósł głowę, omal nie przewracając wiadra z wodą.
- Co? Ja...nie wiedziałem. Nawet na nią nie patrzyłem.
- A cóż to...ty chyba...czyżby to był rumieniec? - zaśmiał się Luca, wskazując palcem swojego brata. – To jest rumieniec.
- Nie prawda...
- Ależ tak, jesteś czerwony jak burak z ogrodu babci Kat!
- Zamknij się! – szatyn rzucił w brata mokrą gąbką, którą wcześniej mył podłogę.
- Więc skąd wiesz, że jest płaska jak deska, skoro na nią nie patrzyłeś, hę? – uśmiech Luki był coraz szerszy.
- Ja nie...to było pierwsze, co mi się rzuciło w oczy! – Sasha zacisnął dłonie w pięści i zamknął oczy, krzycząc.
- Uhu-hu, ktoś tu się zdenerwował – Czarnowłosy zacmokał, rozkoszując się chwilą. Uwielbiał droczyć się ze swoim młodszym bratem. Poza tym drań również się z nim droczył, więc nie chciał być mu dłużny.
Sasha popatrzył na niego przez chwilę zaciskając pięść prawej ręki, po czym wstał i skierował się do drzwi wyjściowych.
- Dokąd się wybierasz?
- Szukać Kimbrylby. Nie wróciła jeszcze, choć jest już druga nad ranem. Lepiej, żeby była w domu, gdy Jane i Adam wrócą.
- Racja, jak Jane się dowie, że pozwoliliśmy Kim wyjść o takiej późnej godzinie, zrobi nam jesień średniowiecza!
- Ona jest gorsza od Kimbrylby!
- To będzie nasza śmierć!
Z tymi słowami dwóch braci rzuciło się do drzwi.
*
Szła przed siebie. Powoli, spokojnie. Powietrze było lekkie i świeże, mimo panującego za dnia upału. Na niebie wesoło błyszczały gwiazdy, widoczne pośród chmur. Pewnego dnia będzie je podziwiać, leżąc na plecach. To niesamowite jak wiele ich było widać. W mieście o takich widokach mogła tylko pomarzyć. Z drugiej strony nie było tam klauna o imieniu Sasha. Ale jak to mówią, wszystkiego mieć nie można. Westchnęła.
Może przesadzam? Powinnam trochę wyluzować, co? Zachowuję się jak zgorzkniała, stara panna...
Myślała, idąc powoli, przed siebie, w bezmiar nocy. Szła tak długo, aż straciła orientację w terenie. Ogarnięta nagłym zmęczeniem, zatrzymała się przed jednym z domów i usiadła na trawniku, patrząc w rozgwieżdżone niebo. To miał być jedynie odpoczynek, jednak z każdą chwilą była coraz bardziej znużona. Zasnęła więc pośród traw, pod gołym niebem, po raz pierwszy w swoim szesnastoletnim życiu.
*
Gdy w końcu ją znalazł, wschodzące słońce błyszczało już czerwienią nad linią horyzontu. Powietrze było spokojne i chłodne, jakby czekało aż dzień na dobre się obudzi.
Luca już dawno zaprzestał poszukiwań, mówiąc, że nie zamierza latać za rozpieszczoną pannicą, która najwyraźniej ma jeden ze swoich humorków. Sasha natomiast czuł się troszkę winny po tym, co się stało. Nie zrobił tego specjalnie. Zdarzało mu się działać bezmyślnie, ale nigdy nie wszedłby do łazienki wiedząc, że kąpie się w niej Kimberley. Wystarczyły mu niewinne psikusy, nie miał zamiaru przekraczać tej cienkiej granicy, która dzieliła droczenie się z kimś i zboczony stalking. To było raczej w stylu Luki. Wszyscy w rodzinie wiedzieli, że drań ma w głowie pełno kosmatych myśli, a i sam brunet temu nie zaprzeczał.
No gdzie ty jesteś Kimbrylby – myślał, rozglądając się po raz trzeci po tej samej okolicy. Nagle jego wzrok gwałtownie się zatrzymał. To jest...nie, nie możliwe.
Zaczął podchodzić bliżej w stronę dziwnie znajomego kształtu. Nie mógł wyjść z zaskoczenia, gdy upewnił się, że to nie złudzenie. Kimberley leżała na wilgotnej od rosy trawie i jakby nigdy nic spała. Na początku był tak zszokowany, że jego ciało zastygło w bezruchu. Po kilku chwilach otrząsnął się, zdając sobie sprawę z tego, że dziewczyna drży
Głupia Kimbrylby!

Ojeju jej! Od czego by tu zacząć... A więc tak, rozdział świetny :) Chyba opowiadanie zaczyna mnie powoli wciągać. Od samego początku miałam wielki uśmiech na twarzy i starałam się w niektórych sytuacjach opanować wybuchy śmiechu. Postacie bardzo mi się podobają zwłaszcza Sasha. Coś w nim takiego jest, ale sama nie wiem co. No i to chyba tyle. Obiecuje cierpliwie czekać na kolejne części ;D Pozdrawiam!
OdpowiedzUsuńBardzo fajne :) Pisz dalej.
OdpowiedzUsuń