Zapraszam do czytania PIERWSZEGO ROZDZIAŁU!
Pozdrawiam, Torimou (n_n)
‘’Zasada 1 – nie prowokuj wariata!‘’
Ufff, wreszcie na miejscu! Kimberley westchnęła, wyginając plecy do tyłu. Kilka godzin w jednej pozycji zrobiło swoje, w efekcie całe jej ciało było obolałe, a szczytem marzeń stały się sen, kolacja i porządna kąpiel. Dokładnie w tej kolejności. Ciesząc się tym, że może w końcu rozprostować kości, przegarnęła palcami długie, platynowe włosy i wykonała kilka skłonów do przodu.- Długo jeszcze będziesz się dąsać?
Odwróciła głowę, stając oko w oko z matką. Nie zamieniła z nią słowa, odkąd wsiadły do samochodu, ani w drodze na lotnisko, ani podczas lotu. Przyczyną tego było nie tylko to, że nie chciała się do niej odzywać. Po prostu...zwyczajnie...nie miała pojęcia, co mogłaby jeszcze powiedzieć. Jane znała zdanie córki na temat wyjazdu, wiedziała dlaczego tak naprawdę Kim nie chce wyjeżdżać...a mimo to wzięła ją ze sobą.
- Czekam na odpowiedź moja panno. – matka zgromiła dziewczynę spojrzeniem.
Nie chcesz się ze mną rozstawać i dlatego mnie ze sobą wzięłaś, tak?- pomyślała Kim, nie mówiąc tego na głos - Dobre sobie! Do tej pory nie było to dla Ciebie przeszkodą...
- Nie mam ci nic do powiedzenia, to wszystko...mamo – powiedziała w końcu, niemal wypluwając z siebie ostatnie słowo.
- Ach tak? Widzę, że o czymś intensywnie myślisz. I marszczysz czoło, tak jak wtedy gdy chcesz coś powiedzieć. Śmiało, wykrztuś to z siebie!
Nie nalegaj bo jeszcze to usłyszysz – prawie zachichotała na własne myśli, opanowała się jednak. Wiedziała, że kłótnia z matką nie przyniosłaby w tej chwili niczego dobrego, a doszłoby do niej z pewnością już po pierwszym zdaniu. Poza tym była zbyt zmęczona by wdawać się w jałowe dyskusje. To nie rozwiązałoby problemu. Wątpiła nawet czy cokolwiek ma taką moc. Prawdopodobnie ich relacje już zawsze będą tak wyglądały, być może do końca świata będą matką i córką – dwójką obcych sobie ludzi.
- Skoro nie masz nic do powiedzenia... – Jane przerwała w pół zdania i zamilkła, wpatrując się w coś jak zaczarowana. – Adam...
Przed nimi stał wysoki, barczysty mężczyzna z bukietem róż w dłoniach. Na ten widok Kimberley stanęła jak zamrożona. Jane wielokrotnie chwaliła zalety swojego nowego ukochanego. Pracowity, opiekuńczy, serdeczny. Oczami wyobraźni widziała wymuskanego elegancika w wełnianym sweterku, z włosami przyciętymi zgodnie z aktualną modą. W rzeczywistości wyglądał zupełnie inaczej. Od rockowego image’u po grzywę sięgających ramion, jasnych włosów. I był przystojny. Bardzo. Roztaczał wokół siebie dziwną aurę tajemniczości. Miał ostre spojrzenie, przeszywające aż do szpiku kości.
Mamo, w co ty się wpakowałaś...
Podszedł do nich powolnym, metodycznym krokiem i podał Jane kwiaty. Po chwili zaczęła się wymiana uścisków i pocałunków.
No nie, to się zamienia w kiepską parodię komedii romantycznej – pomyślała dziewczyna odwracając głowę od całującej się pary...która najwyraźniej zapomniała o całym bożym świecie, o obecności Kim nie wspominając. Nie mając lepszego pomysłu sięgnęła do torebki po szklaną butelkę z sokiem i cisnęła ją z impetem o chodnik. Uśmiechnęła się z satysfakcją, gdy Jane podskakując oderwała się od Adama i rozejrzała się przerażonym wzrokiem.
- Ojej...zbiło się...
- Kimberley!
- No co? Wy się tu obściskujecie a ja marznę!
Jane posłała Kimberley spojrzenie z serii ; ‘’Zrujnowałaś mi romantyczną chwilę. Zapłacisz za to!’’ i już otwierała usta by wygłosić wykład, gdy w otwartej przestrzeni rozległ się głośny, męski śmiech.
Hę? – Kim spojrzała na trzęsącego się w drgawkach śmiechu mężczyznę, który jeszcze chwilę temu wydawał się być poważnym romantykiem o tajemniczym usposobieniu. Błagam, niech ktoś mnie stąd zabierze...
- Wybaczcie, nie mogłem się powstrzymać – powiedział Adam, uspokajając się nieco.
- Jak zwykle. Chociaż wcale Ci się nie dziwię. Mrozy, Australia i Kangury – Kimberley zmarszczyła brwi, słysząc za plecami stłumiony chichot. Odwróciła się powoli i napotkała parę intensywnie niebieskich oczu, wpatrujących się w nią z rozbawieniem. Co najmniej jakby była cyrkowym zwierzątkiem albo ufoludkiem. Na przeciwko niej stał wysoki chłopak w wieku około szesnastu lat. Był ubrany rockowo, podobnie do Adama i miał jasno-brązowe, sięgające brody włosy, które falowały z każdym podmuchem wiatru.
- Sassie, skarbie...
Szatyn wzdrygnął się z niesmakiem i wykrzywił usta
- Ble...jeszcze raz mnie tak nazwiesz a oberwiesz glanem.
- No już dobrze dobrze...nie przeżywaj tak.
- Myślisz, że to żarty? – chłopak schylił się i zaczął rozwiązywać buta.
- W tym tempie nie zdejmiesz go do gwiazdki.
- Zamknij się.
- Dobrze, już – blondyn spoważniał. A raczej tak się mogło przez chwilę wydawać, bo dodał – Chodźmy, bo ktoś tutaj marznie.
Wszyscy wybuchli śmiechem, nawet Jane, która lubiła uchodzić za poważną, dostojną damę. Wszyscy, z wyjątkiem Kim, która miała ochotę zapaść się pod ziemię. Albo pożyczyć jeden z tych wielkich płaszczy ciotki Louise i się nim zawinąć. Zamiast tego nałożyła na głowę kaptur, złączyła obie dłonie, i rumieniąc się przyłożyła je do twarzy, udając, że jej nie ma.
- Przed kim się chowasz?! – podskoczyła, gdy coś w nią uderzyło. A raczej ktoś. Człowiek. Czarnowłosy chłopak, który wpadł na nią z impetem, ściągając jej z głowy kaptur. Poczuła jak uginają się pod nią nogi, a przed oczami zatańczyły jej światełka. Jak tak dalej pójdzie, zejdę na zawał przed osiemnastką – pomyślała z przerażeniem, osuwając się na ziemię.
- Ej, spokojnie – brunet złapał ją, nim dotknęła zimnego chodnika – Musisz uważać, wiesz? Co za dużo to nie zdrowo.
- Huh?
- Wzruszyła się, to dlatego – gdy usłyszała kolejny komentarz Adama, w jej głowie obudził się mały diabełek namawiający do rękoczynów. Czy ten człowiek zawsze mówi głośno to, co mu przyjdzie do głowy? Ratunku...
Uwalniając się z uścisku chłopaka, po raz kolejny naciągnęła na głowę kaptur i ukryła twarz w dłoniach.
- Ściemnia się – stwierdził blondyn.
- Co ty nie powiesz – rzucił zgryźliwie szatyn.
- Ja i Jane idziemy po bagaże, a ty i Luca zabierzcie Kimberley do samochodu.
- Jasne. Chodź dziewczynko – wziął ją za rękę i nim zdążyła zaprotestować puścił się biegiem w stronę parkingu. Po chwili znaleźli się przy czarnym jeepie.
- Kim ty jesteś? – powiedziała, próbując złapać oddech.
- Sasha, miło mi cię poznać – uśmiechnął się jakby nigdy nic – Ale twoje imię jest brzydkie – skrzywił się nagle.
- Sassie, nie dokuczaj panience. Bo znowu się wzruszy i będę ją musiał łapać – rzucił Luca, ciągnąc za sobą błękitną walizkę na kółkach – To twoje, nie? – zwrócił się do Kim.
Nie czekając na jej odpowiedź, otworzył bagażnik i zapakował walizkę do środka. Kwadrans później wrócili Adam i Jane z resztą rzeczy.
- Mieszkamy na ranczu za miastem, więc droga może trochę potrwać – powiedział Adam, gdy wszyscy wsiedli już do samochodu. On i Jane z przodu, a Kimberley, Sasha i Luca z tyłu. Znów miała ochotę zniknąć, gdy posadzili ją w środku, a sami zajęli miejsca przy oknach. Chciała tylko chwili spokoju.
- Te, Kimbrylby, czemu jesteś taka smutna? – odezwał się Sasha, gdy opuścili już teren lotniska i skierowali się na południe, w stronę Kwinany.
- Mam na imię Kimberley – wycedziła przez zęby
- Nie spinaj się tak, Kimbrylby. Chciałem tylko pomóc – wyszczerzył się i zaczął dłubać w dziurze na kolanie swoich spodni.
Fascynujące...wylądowałam w jednym miejscu z wariatami i co gorsza – nie mogę stąd wyjść.Zmożona zmęczeniem i pełna wrażeń dziewczyna zrobiła jedyną rzecz, która w tej chwili mogła jej pomóc odciąć się od rzeczywistości. Zasnęła.
*
- Miałam dziwny sen.
- Jaki?
- Śniło mi się, że moja mama poznała na wakacjach mężczyznę o imieniu Adam i postanowiła się przeprowadzić do niego. Niestety wzięła mnie ze sobą.
- Aha.
Jestem smutna.
- To by było straszne.
- Dlaczego?
Głuptas.
- Nie wiesz? Wtedy nie moglibyśmy się widywać.
- Całe szczęście, że to tylko zły sen.
No nie, znowu...?
- Tak...czekaj, co Ty robisz?
- Jak to co robię? Łaskoczę Cię.
Hmmm...
- Nie, przestań.
- Mam przestać...?
Hmmm...to nawet przyjemne...
- Już Ci lepiej Kimbrylby?
- Tak...co?!
Kimberley otworzyła szeroko oczy, by spotkać się ze spojrzeniem błękitnych oczu, które były podejrzanie blisko jej twarzy. Rozejrzała się dookoła i dotarło do niej, że nie siedzi już na twardym samochodowym fotelu pasażerskim, a leży pod kołdrą, w łóżku. A na tym łóżku siedział Sasha. Zaraz, co? Dlaczego siedział na łóżku, w którym leżała?!
- Muszę zapamiętać, że masz łaskotki – głos szatyna wyrwał ją z odrętwienia – i, że sprawiają Ci przyjemność.
- C-co? – wydukała, coraz bardziej przestraszona
- Stwierdziłaś, że to przyjemne i dzięki temu Ci lepiej – wyszczerzył się.
To on mnie łaskotał? Ale...sen...To było naprawdę?! Zabijcie mnie! - Złapała się za głowę i zaczęła nią kręcić na wszystkie strony. Muszę stąd uciec!
Niewiele myśląc poderwała się gwałtownie na łóżku i odrzuciła kołdrę. Ruszyła do drzwi i już chciała je otworzyć, gdy usłyszała za plecami wypowiedziane ochrypłym głosem słowa, które przelały szalę goryczy.
- Ładna bielizna.
Odpowiedzią dziewczyny był długi, przerażony wrzask.
**
- Smacznego!
- Dzięki, podasz mi chleb?
- Proszę bardzo. Kimberley, chcesz herbaty?
Skinęła niemrawo głową, wciąż speszona po rannym incydencie. Zadziwiające, że wszyscy zachowywali się całkowicie naturalnie, jakby nic się nie stało. Czy u nich takie sytuacje były na porządku dziennym? Wzdrygnęła się na samą myśl. Jakie to żenujące... Mimo wszystko w tej chwili nic nie mogło być bardziej żenujące od sytuacji sprzed godziny. Myślała, że umrze, gdy w drzwiach pokoju w którym się obudziła stanęła połowa domowników. Płci męskiej. I widzieli jej bieliznę! Jej policzki wciąż piekły, mimo zimnego prysznica.
Trzeba się było nie drzeć...
Miała ochotę zapaść się pod ziemię.
- Czemu nie jesz? – ktoś trącił jej ramię. Spojrzała w bok i napotkała uśmiechniętego od ucha do ucha Sashę. On za nią łaził czy co?
- Odechciało mi się, jak tylko zobaczyłam Ciebie!
Usłyszała salwę śmiechu.
- Nie przejmuj się, on tak działa na wszystkich! – mrugnął do niej Luca, podając jej bułeczkę – Zjedz coś, bo będziesz głodna.
- D-dziękuję – wydukała speszona.
- Jak działam? – Sasha zdjął kapcia i cisnął nim w brata. Niestety kapeć nie sięgnął celu i zamiast w bruneta, trafił do talerza siedzącego naprzeciwko Ryana. Tamten warcząc, odrzucił umazanego w jajecznicy kapcia z powrotem do Sashy, trafiając szatyna prosto w twarz.
Co za zwierzaki...
Ku przerażeniu Kimberley, wszyscy oni okazali się być dziećmi Adama. To jest Sasha, Luca, Will, Ryan i Mandy. Dowiedziała się tego kilka minut przed śniadaniem, gdy Jane przyszła na chwilę do jej pokoju. Strach pomyśleć, czego jeszcze matka jej nie powiedziała...
Po skończonym śniadaniu Jane oznajmiła córce, że od następnego dnia będzie uczęszczać do szkoły w Kwinanie.
- Już jesteś zapisana. Całe szczęście twoje oceny we Francji były bardzo dobre, oprócz tego dostałaś pozytywną opinię od każdego nauczyciela. Dzięki temu nie było problemów z przeniesieniem. Poza tym będziesz w klasie z Mandy i Sashą, więc się nie zgubisz.
- Nie mogę się już doczekać – westchnęła, czując, że boli ją głowa. Marzyła o chwili spokoju, chwili wolnej od tego gwaru dookoła. Zastanawiała się jak oni mogą tak żyć...choć musiała przyznać w duchu, że było to na swój sposób zabawne. Cóż, nuda mi póki co nie grozi.Uśmiechnęła się i wstała od stołu. Jej włosy były jeszcze wilgotne po prysznicu, a dzień zapowiadał się pięknie i ciepło. Postanowiła więc pójść na spacer i zobaczyć okolicę. A jeśli po drodze zeżre ją jakiś wąż? Mówi się trudno. Lepsze to, niż kolejna godzina z wariatami. Musiała ratować swoje zdrowie psychiczne!
***
Czekam na next :D!!
OdpowiedzUsuń