
|THEME|

‘’Odkąd pamięta, zawsze stała na toaletce obok lustra.
W białych baletkach wychylona, w powietrzu uniesiona nóżka(...)’’
Baśnie. Większość z nas doznała przyjemności płynącej ze słuchania, gdy po całym dniu przychodzi pora wieczornych opowieści, wygłaszanych to przez rodziców, czy też przez dziadków. Moment, gdy cudowne historie zapraszają dzieci do Krainy Morfeusza. Wyobraźnia, będąca szczególnym atutem okresu dzieciństwa.
- Calineczka! - wykrzyknęła malutka dziewczynka, usiłując wdrapać się na krzesło.
- Nie, Muzykanci z Bremy bardziej mi się podobają! - zawołał stojący nieopodal chłopiec, dłubiąc z przejęciem w kominku, przy pomocy długiego pogrzebacza.
- Już słyszeliśmy te bajki! - obruszyła się najstarsza z pociech, siedmioletnia dziewczynka o włosach białych niczym śnieg i czarnych, przenikliwych oczętach. - A ja tak bardzo chciałabym poznać historię porcelanowej laleczki...
- Głupiaś ty, Lenor! To irracjonalna opowieść o ludzkiej bezrozumności i samobiczowaniu.
- Co to znaczy? - zdziwiło się dziewczątko, gdy z ust jej młodszego brata padły dziwaczne słowa, których nigdy wcześniej w swym życiu nie miała okazji słyszeć.
- Ja nie wiem, ale tata tak mówi - wzruszył ramionami chłopiec, wracając do swego pasjonującego zajęcia.
- Kłamiesz! - zaprotestowało dziecko - Tatuś nie wie o tej bajce, mamusia nigdy mu jej nie opowiadała. Sam mi powiedział! Poza tym nie ma czegoś takiego, jak bezrozumność.
- A właśnie, że jest!
W chwili następnej, drzwi do sypialni dziecięcej otworzyły się, ukazując stojącą w progu, młodą kobietę.
- Długo czekałaś na baśń o laleczce, prawda? - rzekła, biorąc na ręce najmłodsze z dziatwy i usiadła na bujanym fotelu - Opowiem ci ją więc, skoro jesteś już duża...
- A róbcie, co chcecie! - prychnął chłopiec, odrzuciwszy pogrzebacz i wybiegł z pokoju. Mimo to kobieta nie zatrzymywała go, wiedząc doskonale, że skrył się za drzwiami, uważnie nasłuchując. Lysander nigdy nie był pokornym synem, potrafiła mu to jednak przebaczyć, ostatecznie miała przecie do czynienia z dzieckiem. Wzięła więc Jeanette głęboki oddech i, kołysząc się z pociechą swą na fotelu, poczęła tę opowieść o laleczce.
A imię jej było Rozalia...
~*~
Jakże piękne są te płatki śniegu...
- Idźże szybciej, spóźnimy się na twój trening!
Chcę...popatrzeć na nie jeszcze chwilę...
~*~
Rozalia nie miała zbyt wielu wspomnień z dzieciństwa. Wszystkim, co pamiętała były mordercze treningi, dzięki którym stawała coraz bliżej marzeń. Matce dziewczynki, Bernadette ogromnie zależało na tym, by jej córka pewnego dnia stała się rozpoznawalną baletnicą, toteż zachowywała surowość i konsekwencję w wychowywaniu jej. W efekcie Rozalia wracała do domu wieczorem, gdy zgasły na niebie wszystkie światła, zmęczona do tego stopnia, że jedyną rzeczą na którą mogło się zdobyć jej dziecięce ciało, było położenie się do łóżka. Niesłychana to była ulga dla jej zmęczonych stóp.
W świecie dziewczynki satysfakcja łączyła się z bólem w ścisłej przeplatance. Mimo obowiązku szkolnego całe swe popołudnia spędzała w szkółce baletu, żarliwie ćwicząc. Z pokorą słuchała każdego karcącego słowa dowiadując się, że jej idealnemu piruetowi zabrakło zbyt wiele, by można było nazwać go doskonałym. Ćwiczyła więc dalej, z nadzieją, że kiedyś jej wysiłki zaowocują i dzięki temu będzie szczęśliwa. I choć nóżki jej krwawiły, uśmiechała się, gdy w końcu ją pochwalono.
Niestety wszystko ma swoją cenę, i Rozalia nie była wyjątkiem. Gdy do rodziców dziewczynki z wizytą przybyła dyrektor szkoły, do której dziewczynka uczęszczała, zdecydowali wspólnie, że od teraz popołudnie spędzać będzie na nauce, na balet poświęcając zaś cały swój weekend. Tak oto pozbawiono jej wolnej soboty i niedzieli, dni gdy wszyscy odpoczywają od ciężkiej pracy, by móc spędzić ten czas w gronie najbliższych. Mimo to nie narzekała. Miała cel, który był dla niej ważniejszy niż wszystko inne, ulotne przyjemności, które i tak za chwilę znikną. Jeśli to była cena, gotowa ją była spłacać, dzień po dniu i miesiąc po miesiącu. Rok po roku...
Kolejne okresy życia spędzała samotnie, a gdy skończyła lat jedenaście wydarzyło się coś, co mocno zauważyło na dalszym egzystowaniu dziewczynki. Pewnego dnia jej rodzice wyjechali i nigdy już nie wrócili. Powiadano, że zginęli w wypadku, lecz nie było jej dane zobaczyć ciał. Być może stąd zrodziła się w niej cicha nadzieja, że może kiedyś do niej wrócą. Pewną sprzecznością było to, że wcale za nimi nie tęskniła...
~*~
‘’Nie miała taty ani mamy i nie tęskniła ani ani...’’
~*~
Po śmierci rodziców, Rozalia trafiła pod opiekę młodszego brata swojego ojca, wuja Antoine’a i jego żony, Dominique. Kobieta ta do złudzenia przypominała Bernadette, surową i apodyktyczną matkę Rozalii. Wuj natomiast stanowił całkowite przeciwieństwo Gerarda, będąc wesołym i energicznym człowiekiem, którego otwartość graniczyła wręcz z dziecinnością. Po raz pierwszy w życiu dziewczynka poczuła się prawdziwie kochana, szczerą, bezinteresowną miłością. Po raz pierwszy nikt nie wymagał od niej niczego, poza zwykłym albo i nie, byciem sobą. Tutaj mogła być zwykłą dziewczynką, przeżywającą swe dzieciństwo we właściwym tempie. Dopiero teraz mogła dostrzec jak wiele traciła, spędzając całe dnie w szkole baletu, miast wykorzystywać beztroskie lata, czerpiąc z nich jak najwięcej. Jej życie dotąd ograniczało się przecież do zajęć szkolnych i treningów, nie znała więc niczego innego. Treningi odeszły w zapomnienie, gdy spragnione uczucia dziecko zapomniało o bożym świecie. W ramionach wujka czuła się tak bezpiecznie, jak nigdy dotąd. Obejmując ojca, którego nigdy nie było... Mimo to, wciąż śniła o dniu, w którym znów ujrzy twarze rodziców. Nie była to jednak tęsknota.
Wszystko zmieniło się równie nagle, jak i się rozpoczęło. Pewnego dnia wujek Rozalii, powróciwszy ze służbowej podróży, oznajmił dziewczynce, że muszą się rozstać na jakiś czas. Okazało się bowiem, że ciotka jej, zazdrosna o łączącą ich niewinną wszakże relację, dołożyła wszelkich starań, by zdusić to w zarodku. Kobieta ta była osobą niezwykle zgorzkniałą i surową, łatwo wpadała w złość, gotowa znienawidzić wszystkiego i wszystkich, jeśli tylko wyczuła jakąkolwiek formę sprzeciwu. Tak było i tym razem, gdy wszelkie jej nadzieje związane z adopcją Rozalii obróciły się w niwecz. Prawda była taka, że Dominique kochała dziewczynkę. Była to niestety zaborcza, egoistyczna miłość kobiety, która sama nie mogła mieć własnych dzieci. Za każdym razem, gdy widziała Rozalię bawiącą się w ogrodzie z Antoine’m, złość rozpalała jej serce, podburzając przeciwko mężowi.
Czyż to właśnie sprawiło, że pod nieobecność małżonka, postanowiła oddać dziewczę do szkoły z internatem? Gdziekolwiek, byle jak najdalej...
Opuściła więc Rozalia miejsce, będące jej domem przez przeszło cztery lata i rozpoczęła naukę w renomowanej szkole, tęskniąc czasem za wujem. Ciotki nie wspominała, albowiem czasu spędziła z nią niewiele, nie zdążyła się więc przywiązać, mimo upływu lat.
Nie minął miesiąc, nim znalazłszy nową szkołę tańca, powrócić zdecydowała się do umiłowanego ongiś baletu. Dużo wysiłku kosztowało dziewczynę wypracowanie na nowo stylu, zagubionej gdzieś lekkości i gracji, efekty były jednak godne podziwu, gdy po dwóch latach nie tylko odzyskała dawną wprawę, ale i, począwszy wybijać się z szeregu młodych baletnic, dostała wymarzoną, główną rolę. A było to w dniu siedemnastych urodzin Rozalii.
Jezioro Łabędzie, głosiły transparenty, zwiastujące debiut dziewczyny. Rozwieszono je niemal w całym Paryżu, ściągając do teatru spragnione widowiska tłumy. Tajemnicza nowicjuszka, przykuła uwagę ludzi jako Odetta, wirując na scenie niczym świeża bryza, zatracając się w roli swej tak głęboko, że trudno było jednoznacznie określić, czy tańcząca aktorka to, czy księżniczka w łabędzia zaklęta.
Pokochali ją więc ludzie, i wyczekiwać poczęli kolejnych jej ról.
I on ją pokochał. Choć nie... To nie była jednak miłość.
Jeszcze nie...
~*~
‘’Nudziła się wśród bibelotów, kurz wyłapując w suknię złotą... ’’
~*~
Razu pewnego, obudziła się Rozalia skoro świt.
Coś się dziś wydarzy - przez umysł jej przemknęło. Nie zdoławszy zdefiniować niepojętego uczucia, rozmyślać poczęła nad nim intensywnie. Do tego stopnia, iż utrzymać filiżanki z herbatą nie zdołała, gdy delektując się śniadaniem, patrzyła na wschodzące słońce. Dziwny niepokój ogarnął dziewczę, wytrącając je z równowagi na resztę dnia.
A już się bałam, że w stagnację będzie mi trzeba popaść - pomyślała, chwyciwszy się drewnianego drążka. Ostatnimi czasy życie jej do ćwiczeń, występów i przyjęć się ograniczało. Niepokój, płynący aż z kości był więc dla niej czymś w rodzaju odskoczni, choć czy można było to nazwać niepokojem? Nie, raczej dziwna ekscytacja, choć w istocie powody ku temu były żadne. Dlaczego więc czuła, że powinna uciec?
Zupełnie tak, jakby goniło ją nieznane monstrum, chcące wyssać z niej całą energię życiową. Przed czym uciekać? Dokąd biec?
To był dopiero początek szaleństwa.
~*~
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz